To
może zacznę od początku, od samego początku… Moja matka… Może inaczej…
Nie miałam rodziców. Nie wiem kto był moim ojcem. Moja matka
prawdopodobnie zmarła przy porodzie, bądź zabiły ją inne zwierzęta, albo
ludzie. Dokąd tylko sięgnę pamięcią, zawsze byłam sama… całkiem sama.
Sama nauczyłam się polować, znajdywać kryjówki itp. Nikt nie wiedział o
moim istnieniu. Nikomu nie pozwalałam się do siebie zbliżyć. Miałam na
tyle dobrze rozbudowane zmysły, że gdy tylko wyczułam czyjąś obecność na
odległość 100 metrów, od razu uciekałam jak najdalej. Widziała mnie
tylko zwierzyna, na którą polowałam, ale było to tylko parę chwil przed
jej śmiercią. Nie miałam przyjaciół, rodziny. Nie potrafiłam kochać,
śmiać się, bawić. Moje życie polegało na ciągłej ucieczce, walce.
Pewnego dnia jak zwykle poszłam na polowanie. Od razu wyczaiłam jelonka( później dowiedziałam się, że był to niejaki Bambi i zaczęłam się po cichu skradać. Byłam nie do usłyszenia, ale jelenia coś wystraszyło i zaczął uciekać. Biegłam za nim i już prawie go miałam, już naprężyłam mięśnie do skoku, skoczyłam i zamiast na zwierzynie, wylądowałam w dole… ogromnym dole. Była to pułapka, jaką ludzie zastawili na dzikie zwierzęta. Sparaliżował mnie potworny strach, nie do opisania, który jest tak silny, że ledwo łapie się oddech, nie mówiąc już o próbie ucieczki, czy wzywaniu pomocy. Nie potrafiłam się nawet lekko poruszyć. Spojrzałam na moje łapy. Jedna z nich była potwornie pokrwawiona. Była zamknięta w kolczastej pułapce. Nie miałam żadnej nadziei. Byłam pewna, że umrę. Nie miałam kompletnie żadnego pomysłu na ucieczkę. Po dwóch tygodniach przebywania w dole, traciłam już jakąkolwiek nadzieję i siły. Czułam, że zaraz zemdleję… Zerknęłam w górę i ujrzałam stojącego nade mną przystojnego, młodego wilka. Pierwszy raz widziałam go w tym lesie. Zdążyłam tylko cicho warknąć i zemdlałam… Gdy się obudziłam ujrzałam głębokie, błękitne oczy wpatrujące się pytająco we mnie. Od razu zerwałam się na równe nogi i natychmiast upadłam. Moja chora łapa była obłożona różnymi ziołami i owinięta jakąś lianą…? - Cześć :-D- Powiedział wilk siedzący obok mnie, którego zobaczyłam nim zemdlałam. - Kto ty?- Spytałam po dłuższej chwili - Dziwna jesteś… - odrzekł- W każdym bądź razie nazywam się Rose, a ty? - Co to znaczy?- zapytałam ze zdziwieniem -Jak to! Nie wiesz?. To może inaczej, jak mówią do cb znajomi? -Nie mam znajomych… -Rodzina? -Brak, a co to znaczy? - To może masz chociaż matkę, jakiegoś dziadka… kogokolwiek?! Musisz przecież jakoś żyć! Kto cię nauczyły jak znaleźć pożywienie, kryjówkę? - Sama… - Dobra… tym zajmiemy się później. Najpierw znajdziemy ci jakieś imię… Może … Rosalita, bardzo ładnie -O co ci chodzi? Po co mi to co nazywasz „imię”? - Bo muszę cię jakoś nazywać - Nie, ja już idę- Gdy to powiedziałam zaczęłam się starać podnieść, ale zachwiałam się i upadłabym, gdyby Rose nie złapał mnie w ostatniej chwili… -Nie możesz się ruszać, musisz teraz leżeć. A wracając do twojego imienia to może Kesja? - Nie. Muszę coś zjeść. Idę polować…- mówiąc to znów starałam się podnieść, ale Rose zatrzymał mnie łapą i powiedział: -Czemu? -??? -Dlaczego zabijasz bezbronne zwierzęta? -A co mam jeść? -Poczekaj zaraz ci przyniosę coś w zamian. Rose wyszedł na chwilę z jaskini a po chwili ujrzałam go przy mnie z jabłkiem w pysku. -Mam, jeść owoce? - To nie jest zwykły owoc, jest tak pożywny jak mięso zwierząt, a nie musisz zabijać stworzeń, które nic ci nie zrobiły i nie mają żadnych szans w walce z tobą… Mimo, że jeszcze 10 minut temu uważałabym to za głupotę, to patrząc w jego piękne, ogromne oczy poczułam, że on w to wierzy i żyje tą wiarą. Poczułam, że w jego toku rozumowania może być jakaś prawda i nie potrafiłam nic odpowiedzieć na tą jego idee. ............... |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz