Był słoneczny poranek. Większość wilków już nie spała. Myślałam o swoim dzieciństwie. O tym jak bawiłam się na polanie z Emily ... Emily była to moja przyjaciółka, ale traktowałam ją jak siostrę. Była drobna ale mimo to silna. Zawsze się razem pakowałyśmy w kłopoty. Bardzo lubiłam się z nią wygłupiać ... Ale niestety los chciał nas rozdzielić. Gdy Miałam 1,5 roku a ona rok, alfa naszej watahy zmarł. W następstwie wataha się rozpadła. Każda z nas musiała pójść swoją drogą ...
-Fajnie było by ją spotkać. – Pomyślałam.
Wstałam i poszłam nad jezioro się napić. Gdy już tam byłam i zaspokoiłam pragnienie, usiadłam w cieniu drzewa. Nagle zauważyłam czarną drobną wilczycę z białymi bandażami na przednich łapach. Szła w oddali, ze spuszczoną głową w stronę jeziora. Śledziłam ją wzrokiem. Wstałam. Sucha gałązka trzasnęła pod mą łapą. Wilczyca uniosła głowę. Spojrzała się na mnie a ja na nią.
-Malorne ...? – Powiedziała.
-Emily?
-Tak to ja! – Krzyknęła.
Szybko do siebie podbiegłyśmy.
-Emily, nie widziałam Cię od tak dawna ... Masz rodzinę?
-Nie, a Ty?
-Należę do watahy ... A może chciała byś dołączyć?
-Nie wiem czy wasza alfa się zgodzi ...
-To na co czekamy?! Chodźmy się zapytać.
Biegłyśmy ile sił we wszystkich, czterech łapach, aż w końcu dotarłyśmy do obszernej jaskini.
-Alfo ... – Powiedziałam.
-To Ty Malorne? Wejdź, proszę.
-Cześć ... – Powiedziała niepewnie Emily.
-Witaj ... Malorne, kim jest ta wilczyca? – Balaa zwróciła się do mnie szeptem.
-To moja przyjaciółka z dzieciństwa, Emily. Przyszłyśmy się zapytać czy mogła by dołączyć do watahy.
-Ja jestem Balaa, Emily. I oczywiście, że możesz dołączyć. – Odrzekła.
-Dziękuję. – Odpowiedziała Emily.
-Malorne zapoznaj Emily z resztą watahy.
-Dobrze. – Odrzekłam.
Po zapoznaniu Emily z resztą, poszłyśmy porozmawiać do mojej jaskini. Ustaliłyśmy, że będziemy ją ze sobą dzielić. Po zachodzie słońca położyłyśmy się naprzeciw siebie, jeszcze chwilę pogadałyśmy i zasnęłyśmy.
niedziela, 15 lipca 2012
sobota, 14 lipca 2012
Od Oriona
Nudziło mi się jak zwykle w watadze to poszedłem się przejść. Szedłem przez las i na ścieżce zobaczyłem wilka. Był duży i biały. Powiedziała - Zejdź mi z drogi! Po głosie rozpoznałem, że to wilczyca. Nagle przypomniało mi się coś z dzieciństwa. Gdy byłem mały przychodziła do mojej mamy biała wysoka wilczyca. Ona była jak moja siostra. Chodź ją rodzice porzucili bo była inna od sowiego rodzeństwa. Jej matka była zwykłym wilkiem i miała za partnera zwykłego wilka. Ona zdradziła go z wilkiem czarnej krwi. Te wilki różnią się głównie wysokością, siłą i innymi. Lecz po kilku miesiącach musiała odejść. Spytałem:
- Agonia? Ona stanęła na chwilę, pomyślała i poszła dalej. - Stój! Krzyknąłem.
- Czego chcesz?! Spytała.
- Nie poznajesz mnie? Wtedy stanęła jak wryta w ziemię i się odwróciła. Powiedziała.
- Orion? To ty?!
- Tak! Odpowiedziałem stanowczo. - Kupe lat co nie.
- Nooo... A co ty tu robisz?
- A mieszkam i należę do watahy. Może byś się przyłączyła? Zamkła oczy i podniosła głowę do góry. Zaczął wiać leciutki wiaterek. - No proszę! Chociaż na chwilę! Więc? Opuściła głowę i spojrzała na mnie, a wiatr się uspokoił.
- No nie wiem.. Czy będę pasować.
- Już nie gadaj tylko chodź. Poszliśmy opowiedziałem wszystko alfie Balii i Mohatu. Oni zaś się zgodzili na przyjęcie Agoni. Później przedstawili ją całej watdze. Zauważyłem że spodobał się jej pewien wilk...
- Agonia? Ona stanęła na chwilę, pomyślała i poszła dalej. - Stój! Krzyknąłem.
- Czego chcesz?! Spytała.
- Nie poznajesz mnie? Wtedy stanęła jak wryta w ziemię i się odwróciła. Powiedziała.
- Orion? To ty?!
- Tak! Odpowiedziałem stanowczo. - Kupe lat co nie.
- Nooo... A co ty tu robisz?
- A mieszkam i należę do watahy. Może byś się przyłączyła? Zamkła oczy i podniosła głowę do góry. Zaczął wiać leciutki wiaterek. - No proszę! Chociaż na chwilę! Więc? Opuściła głowę i spojrzała na mnie, a wiatr się uspokoił.
- No nie wiem.. Czy będę pasować.
- Już nie gadaj tylko chodź. Poszliśmy opowiedziałem wszystko alfie Balii i Mohatu. Oni zaś się zgodzili na przyjęcie Agoni. Później przedstawili ją całej watdze. Zauważyłem że spodobał się jej pewien wilk...
Od Malorne
Był pogodny dzień. Postanowiłam przejść się do lasu. Kilka minut później byłam już na sporej polanie, z której zawsze zbierałam konkretne rośliny. Zioła te miały wyjątkowo śliczny, słodki zapach. Pomyślałam, że poleżę sobie tutaj kilka minut. Minął kwadrans. Usłyszałam szelest liści. Po chwili z trawy wyskoczyła brązowa wilczyca. Przez dłuższą chwilę na siebie patrzyłyśmy.
-Kim jesteś? Co robisz na terenie watachy ‘’W mroku’’? – Zapytała.
-Jestem Malorne, a na tej polanie zbieram zioła do mikstur. A Ty kim jesteś?
-Ja jestem Balaa, alfa watachy, na której jak już wspomniałam, terenie przebywasz.
-Jeśli chcesz to ja sobie pójdę z tąd. – Oznajmiłam.
-Nie! Nie odchodź. Jeśli chcesz to dołącz do watachy ‘’W mroku’’.
Po chwili zastanowienia odrzekłam;
-Dobrze, dołączę. Jestem świetną szamanką. Ale powiem Ci coś, żeby Cię to potem nie zdziwiło. Umiem rozmawiać ze zmarłymi, inaczej mówiąc – jestem medium.
Oczy Bali stały się wielkie niczym spodki.
-No dobrze ... To trochę dziwne, ale każdy przecież jest inny ...
Uśmiechnęłam się lekko.
-Chodź, zaprowadzę cię do reszty watachy.
Szłyśmy jakieś 5 minut, nie więcej. Zauważyłam wielką polanę pośród drzew, o której istnieniu nie wiedziałam. Balaa weszła na skałę i powiedziała;
-Kochani! To jest nowa wilczyca – Malorne. Będzie szamanką w watasze.
-Ekhem, Medium ... – Wykrztusiłam szeptem.
-A tak, Malorne jest medium.
Wszyscy zaczęli szeptać do siebie, ale już po chwili byli z powrotem cicho.
-To wszystko.
Balaa zeszła z kamienia i podeszła do jak się później dowiedziałam, swojego partnera - Mohatu. Po kilku minutach rozmów z członkami watachy powróciłam na polanę, po zioła które miałam zebrać. Wróciłam dopiero wieczorem. Położyłam się w małej przytulnej jaskini i zasnęłam.
-Kim jesteś? Co robisz na terenie watachy ‘’W mroku’’? – Zapytała.
-Jestem Malorne, a na tej polanie zbieram zioła do mikstur. A Ty kim jesteś?
-Ja jestem Balaa, alfa watachy, na której jak już wspomniałam, terenie przebywasz.
-Jeśli chcesz to ja sobie pójdę z tąd. – Oznajmiłam.
-Nie! Nie odchodź. Jeśli chcesz to dołącz do watachy ‘’W mroku’’.
Po chwili zastanowienia odrzekłam;
-Dobrze, dołączę. Jestem świetną szamanką. Ale powiem Ci coś, żeby Cię to potem nie zdziwiło. Umiem rozmawiać ze zmarłymi, inaczej mówiąc – jestem medium.
Oczy Bali stały się wielkie niczym spodki.
-No dobrze ... To trochę dziwne, ale każdy przecież jest inny ...
Uśmiechnęłam się lekko.
-Chodź, zaprowadzę cię do reszty watachy.
Szłyśmy jakieś 5 minut, nie więcej. Zauważyłam wielką polanę pośród drzew, o której istnieniu nie wiedziałam. Balaa weszła na skałę i powiedziała;
-Kochani! To jest nowa wilczyca – Malorne. Będzie szamanką w watasze.
-Ekhem, Medium ... – Wykrztusiłam szeptem.
-A tak, Malorne jest medium.
Wszyscy zaczęli szeptać do siebie, ale już po chwili byli z powrotem cicho.
-To wszystko.
Balaa zeszła z kamienia i podeszła do jak się później dowiedziałam, swojego partnera - Mohatu. Po kilku minutach rozmów z członkami watachy powróciłam na polanę, po zioła które miałam zebrać. Wróciłam dopiero wieczorem. Położyłam się w małej przytulnej jaskini i zasnęłam.
Od Wolf Eclipse'a
Był słoneczny dzień. Pomyślałem sobie, że pójdę na spacer po lesie. Już szedłem jakieś 20-40 minut, gdy nagle zza krzewu wyskoczyły 2 małe wilczki – Raver oraz Kim.
-Raver, Kim? Co Wy tu robicie? – Zapytałem.
-Nic. Chowamy się przed Efrą i Kodą.
-A Wasi rodzice wiedzą gdzie jesteście?
-Powiedzieliśmy, że bawimy się w chowanego. Pobawisz się z nami?
-No niech będzie ...
Poszedłem się schować razem. Po chwili usłyszałem pisk. Zacząłem się rozglądać dookoła. Zobaczyłem Kim i Ravera stojących w kącie, pomiędzy drzewem a jaskinią. Przed nimi stał ogromny, muskularnie zbudowany wilk.
-Czego od nas chcesz? – Spytał po cichu Rever.
-Chcę się zemścić na Waszej mamie, a Wy mi w tym pomożecie !!! – Krzykną.
Już miał się na nie rzucić gdy wrzasnąłem;
-Zostaw je!
Bez zastanowienia skoczyłem na przeciwnika. Przewróciłem go tak, że stałem nad nim.
-Uciekajcie! – Krzyknąłem do Ravera i Kim
Niestety, od razu po tym jak krzyknąłem wilk sprytnie odrzucił mnie tylnymi łapami w górę. Przez chwilę leciałem w powietrzu gdy nagle uderzyłem w potężne drzewo. Przez chwilę jeszcze się atakowaliśmy nawzajem. Po kilku minutach walki, wilk bardzo mocno uderzył mnie w głowę. Upadłem. Czułem jak słabnę. Podniosłem łeb. Zauważyłem jak wściekły, trochę podrapany wilk ucieka, a do mnie podbiegają Sue i Balaa prowadzone przez Ravera i Kim. Po chwili nie widziałem już nic ...
-Raver, Kim? Co Wy tu robicie? – Zapytałem.
-Nic. Chowamy się przed Efrą i Kodą.
-A Wasi rodzice wiedzą gdzie jesteście?
-Powiedzieliśmy, że bawimy się w chowanego. Pobawisz się z nami?
-No niech będzie ...
Poszedłem się schować razem. Po chwili usłyszałem pisk. Zacząłem się rozglądać dookoła. Zobaczyłem Kim i Ravera stojących w kącie, pomiędzy drzewem a jaskinią. Przed nimi stał ogromny, muskularnie zbudowany wilk.
-Czego od nas chcesz? – Spytał po cichu Rever.
-Chcę się zemścić na Waszej mamie, a Wy mi w tym pomożecie !!! – Krzykną.
Już miał się na nie rzucić gdy wrzasnąłem;
-Zostaw je!
Bez zastanowienia skoczyłem na przeciwnika. Przewróciłem go tak, że stałem nad nim.
-Uciekajcie! – Krzyknąłem do Ravera i Kim
Niestety, od razu po tym jak krzyknąłem wilk sprytnie odrzucił mnie tylnymi łapami w górę. Przez chwilę leciałem w powietrzu gdy nagle uderzyłem w potężne drzewo. Przez chwilę jeszcze się atakowaliśmy nawzajem. Po kilku minutach walki, wilk bardzo mocno uderzył mnie w głowę. Upadłem. Czułem jak słabnę. Podniosłem łeb. Zauważyłem jak wściekły, trochę podrapany wilk ucieka, a do mnie podbiegają Sue i Balaa prowadzone przez Ravera i Kim. Po chwili nie widziałem już nic ...
Od Bali
Postanowiliśmy, że wyruszymy za dwa tygodnie. Maluchy zostawimy z Luną. Raver co chwilę ciągnął mnie do małej Kim. Widocznie bardzo mu się spodobała. Zawsze mówił że jest jej ochroniarzem i , że jest za nią odpowiedzialny. Często chodzili razem na spacery. Efra przez jakiś czas chodziła smutna. Czuła się odtrącona. Lecz szybko znalazła sobie towarzysza. Był nim syn Kelly, Koda. I tak w czwórkę bawili się na polanie. Gdy mala Kim się męczyła , Raver nosił ją na plecach. Razem z Suzy byłyśmy wzruszone tym widokiem. Raver był z siebie dumny, ponieważ Mohatu bardzo go chwalił. Wszyscy byliśmy już pewni, że będą parą. Przez chwilę wogóle nie myślałam o Teyteyu.Byliśmy szczęśliwi!
Od Wolf Eclipse'a
Było już dosyć ciemno. Jak co noc siedziałem na polanie i patrzyłem w księżyc. Po chwili usłyszałem szelest liści oraz trzask suchych gałęzi. Zauważyłem 2 wilki. Jeden z nich to była brązowa wilczyca, która chowała się w wysokiej trawie. Drugi wilk był szary i siedział za drzewem.
-Nie chowajcie się i tak wiem gdzie jesteście. – Powiedziałem i wstałem.
Wilki wyszły z kryjówek. I ostrożnie podeszły.
-Kim jesteś? – Spytała wilczyca.
-Jestem Wolf Eclipse ale mówią mi Eclipse. A wy, kim jesteście?
-Ja to Mohatu a to moja partnerka Balaa. Jesteśmy Alfą w watasze ‘’W mroku’’. – Odpowiedział szary wilk.
-A czy mógł bym dołączyć? – Zapytałem.
-Jasne! – Odrzekła Balaa.
Zaprowadzono mnie na ogromną polanę. Była już noc więc Balaa powiedziała;
-Wszystkie wilki już śpią, ale jutro o świcie przyjdź tu na śniadanie. Wtedy zapoznamy Cię z innymi wilkami, a teraz znajdź sobie jakieś miejsce i prześpij się.
-Dobrze. – Odrzekłem.
Zauważyłem rozłożyste drzewo, ułożyłem się pod nim i zasnąłem.
-Nie chowajcie się i tak wiem gdzie jesteście. – Powiedziałem i wstałem.
Wilki wyszły z kryjówek. I ostrożnie podeszły.
-Kim jesteś? – Spytała wilczyca.
-Jestem Wolf Eclipse ale mówią mi Eclipse. A wy, kim jesteście?
-Ja to Mohatu a to moja partnerka Balaa. Jesteśmy Alfą w watasze ‘’W mroku’’. – Odpowiedział szary wilk.
-A czy mógł bym dołączyć? – Zapytałem.
-Jasne! – Odrzekła Balaa.
Zaprowadzono mnie na ogromną polanę. Była już noc więc Balaa powiedziała;
-Wszystkie wilki już śpią, ale jutro o świcie przyjdź tu na śniadanie. Wtedy zapoznamy Cię z innymi wilkami, a teraz znajdź sobie jakieś miejsce i prześpij się.
-Dobrze. – Odrzekłem.
Zauważyłem rozłożyste drzewo, ułożyłem się pod nim i zasnąłem.
wtorek, 10 lipca 2012
Od Mohatu
Jedliśmy kolacje, gdy przybiegł Rose. Mówił , że Suzy źle się czuje. Zostałem z dziećmi a Balaa poszła. Bolała mnie łąpa po tym jak Rosa i Sue zaatakował ten wilk. Ale udało mi się go pokonać. Pobawiłem się trochę z dzieciakami. Z tego co widzę z Ravera będzie świetny wojownik.
Po około dwóch godzinach przyszła Balaa. Mówiła że Suzy urodziła córeczkę. Nazywa się Kim. Myśleliśmy z Balą , że Kim i Raver kiedyś mogą zostać parą.Później Balaa zaczęła rozmawiać wyprawie po medalion. Uzgodniliśmy , że dzieci zostawimy Lunie. Pójdę ja, Balaa, Rose, może Suzy, Kiba i Hanako.
Pójdziemy najpierw przez Las Gongoru, potem Polaną Daryli, następnie koło Jeziora Baltazyjskiego aż trafimy do celu. Wyprawa w jedną stronę potrwa ponad tydzień. Nie wiemy jeszcze czy Suzy będzie mogla pójść. Musimy z nimi to ustalić
Po około dwóch godzinach przyszła Balaa. Mówiła że Suzy urodziła córeczkę. Nazywa się Kim. Myśleliśmy z Balą , że Kim i Raver kiedyś mogą zostać parą.Później Balaa zaczęła rozmawiać wyprawie po medalion. Uzgodniliśmy , że dzieci zostawimy Lunie. Pójdę ja, Balaa, Rose, może Suzy, Kiba i Hanako.
Pójdziemy najpierw przez Las Gongoru, potem Polaną Daryli, następnie koło Jeziora Baltazyjskiego aż trafimy do celu. Wyprawa w jedną stronę potrwa ponad tydzień. Nie wiemy jeszcze czy Suzy będzie mogla pójść. Musimy z nimi to ustalić
Nowy szczeniak!
Imię:Kim
Wiek: szczeniak
Płeć: samica
Posada: za mała
Charakter: zadziorna, psikuśna, rozrabiara, "wszedzie jest jej pełno", wszyscy ją lubią, urocza, przyjacielska
Partner: -
Rodzice: Rose i Suzann
Od Suzann
Dzisiaj minęło już około 40 dni odkąd powiedziałam Rosowi, że będziemy rodzicami. Był taki szczęśliwy! Właśnie poszedł do lasu pozbierać coś do jedzenia, a mi zabronił wychodzić z jaskini. Na dworze było pochmurnie i padał deszcz. Było okropnie zimno. Postanowiłam, że pójdę do Bali, która, znając życie siedzi sama z dziećmi. W ich jaskini było cieplutko, na środku paliło się malutkie ognisko (dziwne…), Malutka Efra słodko drzemała obok mamy, a River grzecznie bawił się z zajączkiem. Balaa leżała i patrzyła się na zachmurzone niebo i nawet ni zauważyła, że przyszłam.
-Hej- powiedziałam
-Cześć Suzy!- powiedziała przyjacielsko Balaa- jak się czujesz? Kiedy będzie maluch?
-Nie wiem… Już powinien być. Czuję się dobrze. Trochę się martwię…
-Będzie dobrze! Zobaczysz. Maluchy urodzą się zdrowe…
-Nie o nie się martwię… Nadal nie wiadomo czego można spodziewać się po tych wilkach…
- Nie bój się. Mnie też ogarnia strach głównie o dzieci, ale ufam naszym mężom i reszcie wojowników. Po za tym wiem kto
-Ty zawsze wiesz jak mnie podnieść na duchu!- Powiedziałam i położyłam się obok niej
Leżałyśmy tak chwil, a potem Rose i Mohatu przynieśli jedzenie i dobre wiadomości. Powiedzieli, że nic i nikogo nie widać, że póki co możemy być spokojne. Czułam, że już nie długo będę rodzić. Nie wiedziałam czy cieszyć się z tego powodu, czy może wręcz przeciwnie…
Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Rose i Mohatu poszli po jedzenie a ja i Balaa pilnowałyśmy dzieci. Opowiedziała mi o Teyteyu i zaczarowanym amulecie. Zmartwiło mnie to. Droga do jaskini jest naprawdę długa i podróż może potrwać nawet parę tygodni w jedną stronę. Obie nie wiedziałyśmy co można by zrobić. Widziałam, że Balaa jest zmartwiona tą sytuacją. Dało się wyczuć, że oprócz tego, że nienawidzi to trochę też boi się Teyteya. Mówiła, że jest on nieprzewidywalny.
-Balaa, jeśli tylko zaplanujecie podróż do jaskini to pamiętajcie, że oferujemy wam pomoc. Nie puścimy was samych. To jest naprawdę niebezpieczna podróż…- zaproponowałam
-Wiem, dziękuję. Porozmawiam o tym jeszcze z Mohatu.
Gdy tylko zdążyła odpowiedzieć do jaskini weszli nasi mężowie z pełnym koszem pysznych owoców. Wszyscy najedliśmy się do syta, a potem posiedzieliśmy jeszcze chwilę i pogadaliśmy, głównie o niebezpieczeństwie, ale także o maleństwach, które noszę w brzuchu. Gdy wracaliśmy z Rosem do naszej jaskini usłyszałam kogoś zbliżającego się do jaskini naszych przyjaciół.
-To on!- powiedziałam po cichu i obejrzałam się dyskretnie za siebie
Nie myliłam się. Był to ten sam wilk, który zaatakował nas przedtem i skoczył w odmęty wodospadu. Skradał się po cichu do jaskini Mohatu i Bali, którzy właśnie zasnęli. Bez zastanowienia rzuciłam się na wilka. Myślałam tylko o bezpieczeństwie pary alfa. Rose gdy to ujrzał od razu pobiegł za mną. Wilk rzucił mną o drzewo… Dalej nic nie pamiętam…
Następnego dnia obudziłam się rano, grubo po brzasku. Nade mną siedział zmartwiony Rose i Balaa. Za nimi był Mohatu ze swoimi dziećmi. Strasznie bolał mnie brzuch. Mój mąż powiedział, że gdy wilk rzucił mną o drzewo Mohatu obudził się i ruszył mu na pomoc. Nie proszony gość od razu się wycofał i uciekł w głąb lasu. Wiedział, że nie ma szans z całą watahą wilków.
-Brzuch mnie boli- powiedziałam po chwili
Ból narastał co chwila. Dopiero w tedy zorientowałam się, że mam skurcze.
-Rodzę!!!- krzyknęłam
Balaa szybko pobiegła po Lunę, która odebrała mój poród. Urodziłam prześliczną córeczkę, z której jestem naprawdę przeszczęśliwa. Ale co dalej? Co planuje Teytey? Czy nie zagrozi to naszym dzieciom? Te pytania cały czas mnie dręczą…
-Hej- powiedziałam
-Cześć Suzy!- powiedziała przyjacielsko Balaa- jak się czujesz? Kiedy będzie maluch?
-Nie wiem… Już powinien być. Czuję się dobrze. Trochę się martwię…
-Będzie dobrze! Zobaczysz. Maluchy urodzą się zdrowe…
-Nie o nie się martwię… Nadal nie wiadomo czego można spodziewać się po tych wilkach…
- Nie bój się. Mnie też ogarnia strach głównie o dzieci, ale ufam naszym mężom i reszcie wojowników. Po za tym wiem kto
-Ty zawsze wiesz jak mnie podnieść na duchu!- Powiedziałam i położyłam się obok niej
Leżałyśmy tak chwil, a potem Rose i Mohatu przynieśli jedzenie i dobre wiadomości. Powiedzieli, że nic i nikogo nie widać, że póki co możemy być spokojne. Czułam, że już nie długo będę rodzić. Nie wiedziałam czy cieszyć się z tego powodu, czy może wręcz przeciwnie…
Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Rose i Mohatu poszli po jedzenie a ja i Balaa pilnowałyśmy dzieci. Opowiedziała mi o Teyteyu i zaczarowanym amulecie. Zmartwiło mnie to. Droga do jaskini jest naprawdę długa i podróż może potrwać nawet parę tygodni w jedną stronę. Obie nie wiedziałyśmy co można by zrobić. Widziałam, że Balaa jest zmartwiona tą sytuacją. Dało się wyczuć, że oprócz tego, że nienawidzi to trochę też boi się Teyteya. Mówiła, że jest on nieprzewidywalny.
-Balaa, jeśli tylko zaplanujecie podróż do jaskini to pamiętajcie, że oferujemy wam pomoc. Nie puścimy was samych. To jest naprawdę niebezpieczna podróż…- zaproponowałam
-Wiem, dziękuję. Porozmawiam o tym jeszcze z Mohatu.
Gdy tylko zdążyła odpowiedzieć do jaskini weszli nasi mężowie z pełnym koszem pysznych owoców. Wszyscy najedliśmy się do syta, a potem posiedzieliśmy jeszcze chwilę i pogadaliśmy, głównie o niebezpieczeństwie, ale także o maleństwach, które noszę w brzuchu. Gdy wracaliśmy z Rosem do naszej jaskini usłyszałam kogoś zbliżającego się do jaskini naszych przyjaciół.
-To on!- powiedziałam po cichu i obejrzałam się dyskretnie za siebie
Nie myliłam się. Był to ten sam wilk, który zaatakował nas przedtem i skoczył w odmęty wodospadu. Skradał się po cichu do jaskini Mohatu i Bali, którzy właśnie zasnęli. Bez zastanowienia rzuciłam się na wilka. Myślałam tylko o bezpieczeństwie pary alfa. Rose gdy to ujrzał od razu pobiegł za mną. Wilk rzucił mną o drzewo… Dalej nic nie pamiętam…
Następnego dnia obudziłam się rano, grubo po brzasku. Nade mną siedział zmartwiony Rose i Balaa. Za nimi był Mohatu ze swoimi dziećmi. Strasznie bolał mnie brzuch. Mój mąż powiedział, że gdy wilk rzucił mną o drzewo Mohatu obudził się i ruszył mu na pomoc. Nie proszony gość od razu się wycofał i uciekł w głąb lasu. Wiedział, że nie ma szans z całą watahą wilków.
-Brzuch mnie boli- powiedziałam po chwili
Ból narastał co chwila. Dopiero w tedy zorientowałam się, że mam skurcze.
-Rodzę!!!- krzyknęłam
Balaa szybko pobiegła po Lunę, która odebrała mój poród. Urodziłam prześliczną córeczkę, z której jestem naprawdę przeszczęśliwa. Ale co dalej? Co planuje Teytey? Czy nie zagrozi to naszym dzieciom? Te pytania cały czas mnie dręczą…
poniedziałek, 9 lipca 2012
Od Bali
Poszłam do pokoju dzieci. Uwielbiałam patrzeć jak się bawią. Raver bardzo polubił małego zajączka.Kiedy on się z nim bawił Efra zasnęła , a ja postanowiłam trochę pomyśleć. Myślałam jakby zdobyć ten medalion. Słyszałam że znajduje się on w jakiejś jaskini za Wodospadem Korneyu. Jest to naprawdę długa droga. Nagle usłyszłam kroki. Przestraszyłam się. Ale bez potrzeby. To tylko Suzy.
- Oh. To ty Suzy. Co u ciebie słychać? Kiedy bedzie maluch?- Zapytałam
- U mnie dobrze. A maluch juz powinien być, martwię się-odpowiedziała
- Na pewno będzie dobrze...Niedługo się urodzi
- Nie martwie się o to. Czuję, że niedługo bedzie z nami. Ale martwię się o nasze bezpieczeństwo. Te wilki....
- Wiem.. Ja też. Ale znaleźliśmy sposób. Otóż domyślam się kto to zrobił. Żeby go pokonać musi zdobyć pewien amulet.Ale resztę powiem ci jak cos wiecej się dowiem.
-Dobrze.
- A jak nazwiecie dzieci?
- Jeszcze nie wiemy...
- A Ross jak to znosi? Pewnie sama radosć, co?
- Tak. Jest tak opiekuńczy. Pewnie sie teraz o mnie martwi. Nie miałam nigdzie wychodzić, ale strasznie się nudziłam. A on poszedł po coś do jedzenia. '
- Mohatu też. Na pewno zaraz z nim wróci
- Noo. Musimy poczekać.
I po jakiś zaledwie kilku minutach, przyszedli z owocami w koszyku.
- Suzy?! Martwiłem się o ciebie. - powiedział Ross
- Przepraszam. Chciałam trochę pogadać z Balą.
Wtedy Efra się obudzila. Chciała czegoś do jedzenia, Raver też zrobił się głodny. W szostkę zjedliśmy kolację.
- Oh. To ty Suzy. Co u ciebie słychać? Kiedy bedzie maluch?- Zapytałam
- U mnie dobrze. A maluch juz powinien być, martwię się-odpowiedziała
- Na pewno będzie dobrze...Niedługo się urodzi
- Nie martwie się o to. Czuję, że niedługo bedzie z nami. Ale martwię się o nasze bezpieczeństwo. Te wilki....
- Wiem.. Ja też. Ale znaleźliśmy sposób. Otóż domyślam się kto to zrobił. Żeby go pokonać musi zdobyć pewien amulet.Ale resztę powiem ci jak cos wiecej się dowiem.
-Dobrze.
- A jak nazwiecie dzieci?
- Jeszcze nie wiemy...
- A Ross jak to znosi? Pewnie sama radosć, co?
- Tak. Jest tak opiekuńczy. Pewnie sie teraz o mnie martwi. Nie miałam nigdzie wychodzić, ale strasznie się nudziłam. A on poszedł po coś do jedzenia. '
- Mohatu też. Na pewno zaraz z nim wróci
- Noo. Musimy poczekać.
I po jakiś zaledwie kilku minutach, przyszedli z owocami w koszyku.
- Suzy?! Martwiłem się o ciebie. - powiedział Ross
- Przepraszam. Chciałam trochę pogadać z Balą.
Wtedy Efra się obudzila. Chciała czegoś do jedzenia, Raver też zrobił się głodny. W szostkę zjedliśmy kolację.
Od Mohatu
Gdy odpoczywałem przyszła do mnie Balaa.
- Mohatu, mam sprawę- zaczęła
- Słucham- odpowiedziałem
- Więc tak: Domyślam się kto jest odpowiedzialny za te napady na nas i na naszych bliskich.
- Kto?!
- Pamietasz , mówiłam ci o Teyteyu.Ten który zabił moich rodziców.Więc to na pewno on. Mści się.
- Wiesz, to jest bardzo możliwe.
- Więc mam zamiar znaleźć medalion , który pomoże mi go pokonać.
- Dobrze. Ale trochę później. Poczekamy jeszcze trochę. Jeśli będzie jakis atak wyruszymy natychmiast. Najlepiej po urodzeniu dzieci Suzy. Wtedy też ja byśmy zabrali. Zabralibyśmy jeszcze Rosa, Kibę i Hanako.
- Dobrze, ale boję się , że może się coś stać naszym dzieciom. Gdy nas nie będzie co z nimi się stanie?
- Może jedno z nas zostanie i to raczej bedziesz ty, lub poprosimy kogos o opiekę.
- Eh.. No dobra..
Odeszła i poszła do pokoju dzieci.
- Mohatu, mam sprawę- zaczęła
- Słucham- odpowiedziałem
- Więc tak: Domyślam się kto jest odpowiedzialny za te napady na nas i na naszych bliskich.
- Kto?!
- Pamietasz , mówiłam ci o Teyteyu.Ten który zabił moich rodziców.Więc to na pewno on. Mści się.
- Wiesz, to jest bardzo możliwe.
- Więc mam zamiar znaleźć medalion , który pomoże mi go pokonać.
- Dobrze. Ale trochę później. Poczekamy jeszcze trochę. Jeśli będzie jakis atak wyruszymy natychmiast. Najlepiej po urodzeniu dzieci Suzy. Wtedy też ja byśmy zabrali. Zabralibyśmy jeszcze Rosa, Kibę i Hanako.
- Dobrze, ale boję się , że może się coś stać naszym dzieciom. Gdy nas nie będzie co z nimi się stanie?
- Może jedno z nas zostanie i to raczej bedziesz ty, lub poprosimy kogos o opiekę.
- Eh.. No dobra..
Odeszła i poszła do pokoju dzieci.
Od Bali
Byłam zaniepokojona tym co się stało. Ale podejrzewałam o to jednego wilka. Był nim stary Teytey. Jest to okropny wilk. To przez niego straciłam rodziców. Zabił ich. A gdy mnie odnalazł kazał mi zostać jego żoną. Dzień przed ślubem uciekłam. Nienawidziłam tego wilka. To napewno on. Będzie się mścił na moich najbliższych. Jestem teraz jeszcze bardziej zmartwiona. Dowiedziałam się że Suzann jest w ciąży. To oczywiście świetna wiadomość! Tylko... Ich dziecku także może cos grozić. Wiem że Teytey ma jedna, silną moc. Potrawił tam władać żywiołami że mógłby nawet zabic wszystkich. Jest tylko jedna rzecz która może go pokonać.Był to medalion Ceralionu.
Wygląda on tak:
Chciałam go zdobyć. Poszłam z tym do Mohatu.
Wygląda on tak:
Chciałam go zdobyć. Poszłam z tym do Mohatu.
Od Mohatu
Nasze maluchy już pokazują rogi! Mają nieco ponad tydzień a już niesamowicie wariują. Na razie wszsytko układa się świetnie....
Następnego ranka postanowiłem zabrać maluchy na pierwszy spacer po lesie. Szliśmy w stronę Źródła Miłości. Byliśmy tak w połowie drogi. Ten odcinek był gęsto zarośnięty. Opowiadałem im jak poznałem się z ich mamą. Nagle usłyszałem warknięcie i szelest. Pomyślałem:
-Nieee! Tylko nie to! Czy to znowu ten wilk , który zaatakował Balę?!
Moje rozmyślania się potwierdziły. Był to wilk bardzo podobny do tamtego, ale trochę się różnił.
-Hahahaha! No kogo ja tutaj widzę?!- krzyknął wilk
-Kim jesteś?!Czego od nas chcesz?!- zapytałem.
-Hahahah!Chce zlikwidować waszą watahę!
Rzucił się na mnie. Przez chwilę miał przewagę, jednak ugryzłem do mocno w szyję. Później zacząłem go tarmosić. Raver i Efra schowali się w krzakach. Jakoś udało mi się go pokonać. Uciekł z podkulonym ogonem. Dzieciom na szczęście nic sie nie stało. Ja miałem tylko pokaleczoną łapę.
- Tato dlaczego ten pan cie zaatakował- zapytała Efra
-Nie wiem córeczko- odpowiedziałem
Gdy wróciliśmy Balaa od razu spytała co się stało. Opowiedzialem jej wszystko. Ona wymyśliła że nie możemy zbytnio oddalać się z naszego terytorium. Będziemy także szkolić wojowników. Bardzo baliśmy się przyszłość naszych dzieci. ... ;/
Następnego ranka postanowiłem zabrać maluchy na pierwszy spacer po lesie. Szliśmy w stronę Źródła Miłości. Byliśmy tak w połowie drogi. Ten odcinek był gęsto zarośnięty. Opowiadałem im jak poznałem się z ich mamą. Nagle usłyszałem warknięcie i szelest. Pomyślałem:
-Nieee! Tylko nie to! Czy to znowu ten wilk , który zaatakował Balę?!
Moje rozmyślania się potwierdziły. Był to wilk bardzo podobny do tamtego, ale trochę się różnił.
-Hahahaha! No kogo ja tutaj widzę?!- krzyknął wilk
-Kim jesteś?!Czego od nas chcesz?!- zapytałem.
-Hahahah!Chce zlikwidować waszą watahę!
Rzucił się na mnie. Przez chwilę miał przewagę, jednak ugryzłem do mocno w szyję. Później zacząłem go tarmosić. Raver i Efra schowali się w krzakach. Jakoś udało mi się go pokonać. Uciekł z podkulonym ogonem. Dzieciom na szczęście nic sie nie stało. Ja miałem tylko pokaleczoną łapę.
- Tato dlaczego ten pan cie zaatakował- zapytała Efra
-Nie wiem córeczko- odpowiedziałem
Gdy wróciliśmy Balaa od razu spytała co się stało. Opowiedzialem jej wszystko. Ona wymyśliła że nie możemy zbytnio oddalać się z naszego terytorium. Będziemy także szkolić wojowników. Bardzo baliśmy się przyszłość naszych dzieci. ... ;/
Od Suzann
Naglę się obudziłam. Rose spal obok , a na dworzu wstawał dzień Wila, z którą się przyjaźniłam właśnie szła na polowanie. „A więc to wszystko był tylko straszny sen?!” myślałam. Wtedy obudził się mój mąż i zaczęliśmy się przytulać.
- Miałam straszny sen… - powiedziałam i nagle obudziła mnie rzeczywistość zwana w tym wypadku Balaa…
- Masz może jakiś bandaż- pytała z niewiadomych przyczyn, a ja nie miałam nawet najmniejszej ochoty pytać po co
- Tak proszę…- powiedziałam i dałam jej trochę bandaża z wodorostów
-Dlaczego jesteś taka smutna- pytała przyjacielsko zmartwiona Balaa
-Wiesz… Dziś mija rok… odkąd...- nie mogłam skończyć- od momentu gdy pierwszy raz go spotkałam…
- Wierzę, że kiedyś… że żyję i się znajdziecie. Jak byś chciała iść do lasu znowu szukać do możesz być pewna naszej pomocy.
- Wiem o tym Balu- powiedziałam z łzami w oczach- muszę iść się trochę odświeżyć..- powiedziałam i zaczęłam iść stronę naszego małego bajorka.
- Może chcesz…
-Chcę pobyć sama, dziękuję…
- Oczywiście, rozumiem…
Gdy poszłam nad jeziorko cały czas miałam natłok myśli, dotyczących Rosa. Nie mogłam przestać o nim myśleć. „ Chociaż sprawdzę” mówiłam do siebie i natychmiast pobiegłam w stronę polany na której była przedtem nasza wataha, ale nie miałam nawet najmniejszej nadziei, jednak ogromnie chciałam sprawdzić... Nadal wierzyłam, że on żyje…
Gdy byłam już blisko usłyszałam jakieś dźwięki. Po trzech godzinach drogi nareszcie doszłam na miejsce.
-Su… Suuu… Suu..
- Suzann- pomogłam skończyć Wilii idącej w moją stronę i niedowierzającej swoim oczom.
- To nie możliwe!!! Wszyscy myśleli, że już nie żyjesz!!!
- Ja myślałam, że wy nie żyjecie, a wy tu sobie żyjecie jak gdyby nigdy nic!!! Jak się cieszę!!! A te pantery!!!
-Okazało się, że ktoś podkradał im mięso, trop prowadził do nas. Ale wszystko się wyjaśniło i skończyło dobrze… no prawie... paru naszych poległo…
- Rose!!!
- Co Rose?
-Gdzie on jest?! Żyje?!
- Rose… -nagle posmutniała martwiąc tym mnie- nie mógł dłużej żyć bez ciebie…
- Co????!!!!!!
-Przed godziną poszedł w głąb lasu i powiedział tylko: „Idę jeszcze raz trasą miłości, może gdzieś tam ją znajdę. A jeśli nie to moje życie nie ma bez niej najmniejszego sensu i nie chcę się dłużej męczyć… i swoim następcą ustanowił Morta, który, nie uwierzysz jest moim mężem!!!
Nie słuchałam jej dalej, natychmiast pobiegłam w głąb lasu. „Trasą miłości” Rose nazywał drogę, którą niegdyś codziennie chodziliśmy, rozpoczynając od naszej starej jaskini, w której leczył moją łapę, idąc obok pułapki, z której mnie wyciągnął, lilli dzięki której mam imię, kamienia przy którym dowiedział się, że jestem w ciąży i kończąc na ogromnym wodospadzie, przy którym oglądaliśmy przepiękny zachód słońca. Zaczęłam biec tą trasą jak najszybciej się da. Miałam nadzieję, że zdążę zanim stanie się tragedia…
Nareszcie doszłam do wodospadu. Nie było go tam… Zaczęłam płakać a moje łzy kapały w dół wodospadu… Siedziałam tak piętnaście minut . Nagle usłyszał kroki kogoś zbliżającego się do mnie. Skoczyłam w krzaki i oddychałam jak najciszej, jak niegdyś przy polowaniu. Dając mi przeogromną radość nadszedł ciemny strasznie smutny, przystojny, młody wilk. Usiadł na samym skraju kamienia, tuż nad wodospadem. Usiadłam tuż obok, lecz nawet nie spojrzał w moją stronę.
-Co tu robisz?- spytałam lecz nawet nie odpowiedział- bo ja mam zamiar skoczyć…- dodałam udając zroszczarowaną
-Czemu- spytał słabo udając zainteresowanego odpowiedzią
-Straciłam jedyną osobę, dla której moje życie miało sens… A ty?
- Ja też- powiedział nie spoglądając nawet na mnie
-Jak się nazywała? Mój mąż to był Rose, miałam mieć z nim nawet dzieci… Straciłam to wszystko. Wiesz… wyglądał on całkiem jak ty. Miał niesamowite błękitne oczy. A ja jestem Suzann. A ty?
- Aha…
Siedzieliśmy tak jeszcze jakieś piętnaście sekund a następnie Rose odwrócił łeb w moją stronę, wytrzeszczył przeraźliwie oczy uchylił troszkę pysk i…
- Suzann- krzyknął- Suzann!!! Suzy!!! Sue!!! Suzy!!!- a potem zaczęliśmy się przytulać i całować
Przeszliśmy naszą trasą miłości i przespaliśmy noc w starej jaskini Rosa, tak zwanej kawalerce. Rose dokładnie opowiedział jak to było z tymi panterami. Udało mi się go ubłagać abyśmy oboje mogli należeć do watahy w mroku. Był tak szczęśliwy, że zgodziłby się na wszystko, z resztą tak samo jak ja. Gdy doszliśmy do domu przyszli do nas Balaa i Mohatu, pytający kiedy urodzą się dzieci. Od razu zgodzili się by Rose został członkiem watahy. Okazało się, że oba wilki już się znają! To był najszczęśliwszy dzień w całym moim życiu!!!
- Miałam straszny sen… - powiedziałam i nagle obudziła mnie rzeczywistość zwana w tym wypadku Balaa…
- Masz może jakiś bandaż- pytała z niewiadomych przyczyn, a ja nie miałam nawet najmniejszej ochoty pytać po co
- Tak proszę…- powiedziałam i dałam jej trochę bandaża z wodorostów
-Dlaczego jesteś taka smutna- pytała przyjacielsko zmartwiona Balaa
-Wiesz… Dziś mija rok… odkąd...- nie mogłam skończyć- od momentu gdy pierwszy raz go spotkałam…
- Wierzę, że kiedyś… że żyję i się znajdziecie. Jak byś chciała iść do lasu znowu szukać do możesz być pewna naszej pomocy.
- Wiem o tym Balu- powiedziałam z łzami w oczach- muszę iść się trochę odświeżyć..- powiedziałam i zaczęłam iść stronę naszego małego bajorka.
- Może chcesz…
-Chcę pobyć sama, dziękuję…
- Oczywiście, rozumiem…
Gdy poszłam nad jeziorko cały czas miałam natłok myśli, dotyczących Rosa. Nie mogłam przestać o nim myśleć. „ Chociaż sprawdzę” mówiłam do siebie i natychmiast pobiegłam w stronę polany na której była przedtem nasza wataha, ale nie miałam nawet najmniejszej nadziei, jednak ogromnie chciałam sprawdzić... Nadal wierzyłam, że on żyje…
Gdy byłam już blisko usłyszałam jakieś dźwięki. Po trzech godzinach drogi nareszcie doszłam na miejsce.
-Su… Suuu… Suu..
- Suzann- pomogłam skończyć Wilii idącej w moją stronę i niedowierzającej swoim oczom.
- To nie możliwe!!! Wszyscy myśleli, że już nie żyjesz!!!
- Ja myślałam, że wy nie żyjecie, a wy tu sobie żyjecie jak gdyby nigdy nic!!! Jak się cieszę!!! A te pantery!!!
-Okazało się, że ktoś podkradał im mięso, trop prowadził do nas. Ale wszystko się wyjaśniło i skończyło dobrze… no prawie... paru naszych poległo…
- Rose!!!
- Co Rose?
-Gdzie on jest?! Żyje?!
- Rose… -nagle posmutniała martwiąc tym mnie- nie mógł dłużej żyć bez ciebie…
- Co????!!!!!!
-Przed godziną poszedł w głąb lasu i powiedział tylko: „Idę jeszcze raz trasą miłości, może gdzieś tam ją znajdę. A jeśli nie to moje życie nie ma bez niej najmniejszego sensu i nie chcę się dłużej męczyć… i swoim następcą ustanowił Morta, który, nie uwierzysz jest moim mężem!!!
Nie słuchałam jej dalej, natychmiast pobiegłam w głąb lasu. „Trasą miłości” Rose nazywał drogę, którą niegdyś codziennie chodziliśmy, rozpoczynając od naszej starej jaskini, w której leczył moją łapę, idąc obok pułapki, z której mnie wyciągnął, lilli dzięki której mam imię, kamienia przy którym dowiedział się, że jestem w ciąży i kończąc na ogromnym wodospadzie, przy którym oglądaliśmy przepiękny zachód słońca. Zaczęłam biec tą trasą jak najszybciej się da. Miałam nadzieję, że zdążę zanim stanie się tragedia…
Nareszcie doszłam do wodospadu. Nie było go tam… Zaczęłam płakać a moje łzy kapały w dół wodospadu… Siedziałam tak piętnaście minut . Nagle usłyszał kroki kogoś zbliżającego się do mnie. Skoczyłam w krzaki i oddychałam jak najciszej, jak niegdyś przy polowaniu. Dając mi przeogromną radość nadszedł ciemny strasznie smutny, przystojny, młody wilk. Usiadł na samym skraju kamienia, tuż nad wodospadem. Usiadłam tuż obok, lecz nawet nie spojrzał w moją stronę.
-Co tu robisz?- spytałam lecz nawet nie odpowiedział- bo ja mam zamiar skoczyć…- dodałam udając zroszczarowaną
-Czemu- spytał słabo udając zainteresowanego odpowiedzią
-Straciłam jedyną osobę, dla której moje życie miało sens… A ty?
- Ja też- powiedział nie spoglądając nawet na mnie
-Jak się nazywała? Mój mąż to był Rose, miałam mieć z nim nawet dzieci… Straciłam to wszystko. Wiesz… wyglądał on całkiem jak ty. Miał niesamowite błękitne oczy. A ja jestem Suzann. A ty?
- Aha…
Siedzieliśmy tak jeszcze jakieś piętnaście sekund a następnie Rose odwrócił łeb w moją stronę, wytrzeszczył przeraźliwie oczy uchylił troszkę pysk i…
- Suzann- krzyknął- Suzann!!! Suzy!!! Sue!!! Suzy!!!- a potem zaczęliśmy się przytulać i całować
Przeszliśmy naszą trasą miłości i przespaliśmy noc w starej jaskini Rosa, tak zwanej kawalerce. Rose dokładnie opowiedział jak to było z tymi panterami. Udało mi się go ubłagać abyśmy oboje mogli należeć do watahy w mroku. Był tak szczęśliwy, że zgodziłby się na wszystko, z resztą tak samo jak ja. Gdy doszliśmy do domu przyszli do nas Balaa i Mohatu, pytający kiedy urodzą się dzieci. Od razu zgodzili się by Rose został członkiem watahy. Okazało się, że oba wilki już się znają! To był najszczęśliwszy dzień w całym moim życiu!!!
wtorek, 3 lipca 2012
Od Bali
Wróciliśmy do domu. Miałam mieszane uczucia. Byłam szczęśliwa ale i smutna po stracie jednego z dzieci. A dwójka maluchów smacznie sobie śpi razem z królikiem. Mohatu mówi, że muszę o tym zapomnieć. On też to przeżywa. Bierze na siebie wine. Mówi że nie dał rady mnie obronić. A to nie prawda. Dobra! Już się tym nie zamartwiam...
Za to mam też i powód do radości! Suzy odnalazła Rosa!Są razem tacy szczęśliwi.!
...
Za to mam też i powód do radości! Suzy odnalazła Rosa!Są razem tacy szczęśliwi.!
...
Od Mohatu
Ten wilk cały czas się ze mną szarpał. Strasznie bałem sie o Balę, że jej coś zrobi.Krzyknąłem:
-Balaa uciekaj! Musisz chronić nasze dzieci!
Wtedy ten wilk uśmiechnął się złośliwie i zostawił mnie. I wtedy stało się coś strasznego. Wilka skoczył prosto na Bale!
-BALAA NIEEEE!!!-krzyknąłem
Wilk kopnął ją raz w brzuch . Ona zemdlała. Rzuciłem się prosta na niego. Nie miał już żadnej szansy. Byłem tak wściekły. Rzuciłem go o drzewo. Dosyć daleko. Widziałem tylko jak się podnosi i odchodzi kulejąc. Pobiegłem szybko do Bali. Wziąłem moją biedną żonę na plecy i szybko pobiegłem do Suzy.
- Co się stało?!- zapytała Suzy i Luna jak tylko przyszłem
- Balaa...Wilk...Kopnął ją!Zasłabła! Proszę pomóżcie!- wyjąkałem...
Suzy kazała położyć Balę na macie, uspoić się i wyjść.
Czekałem trochę czasu. Nie wiedziałem co się dzieje z moją żoną... Po chwili wyszła Suzy. Była lekko uśmiechnięta.
-I co z nią?! Nasze dzieci żyją?!- zapytałem
- Mogło być o wiele gorzej...-powiedziała cicho Suzy
- A dokładniej?- zapytałem znów
- Mielibyście troje dzieci...- zaczęła Suzy
- Mielibyście?! Wszystkie nieżyją?!
- Nie. Nie zyje jeden. Pozostała dwójka żyje. To chłopiec i dziewczynka.
- Skąd wiesz że to chłopiec i dziewczynka
- Ponieważ Balaa obudziła się i je urodziła. To kopnięcie w brzuch przyśpieszylo porod. Jednak jest załamana z podu śmierci jednego ze szczeniąt.
- A czy mógłbym je zobaczyć.?
- Tak oczywiście. Ale po cichu , Balaa akurat je karmi.
- Dobrze
Weszłem i zobaczyłem leżącą Balę i dwa szczeniaki pijące mleko. Była to biało-brązowa wilczyca i szaro-czarno-bialy wilczek. Uśmiechnąłem się. Balaa spjrzała na mnie i się uśmiechnęła.Podszedłem do niej
- Wszystko będzie dobrze-powiedziałem
- Dlaczego? Dlaczego ten wilk nas zaatakował? Byśmy mieli jeszcze jedną córeczkę. Biedna mała...
-Nie przejmuj się... Bedzie dobrze. A jak z nimi? Są zdrowe?
- Tak, Suzy powiedziała że nic im nie jest. Myślałeś nad imionami?
- Mam imię dla wilczka. Dla dziewczynki nie za bardzo...
- A jakie imię dla chłopca?
- Myślałem o imieniu Raver. Mój bliski przyjaciel miał tam na imię.
- Swietne imie. A dziewczynka bedzie miec imie po mojej babci.
- Czyli?
- Efra.
- Super.
-Suzy powiedziala ze mozemy wracac do domu.
I jeszcze tego wieczoru wróciliśmy do domu
-Balaa uciekaj! Musisz chronić nasze dzieci!
Wtedy ten wilk uśmiechnął się złośliwie i zostawił mnie. I wtedy stało się coś strasznego. Wilka skoczył prosto na Bale!
-BALAA NIEEEE!!!-krzyknąłem
Wilk kopnął ją raz w brzuch . Ona zemdlała. Rzuciłem się prosta na niego. Nie miał już żadnej szansy. Byłem tak wściekły. Rzuciłem go o drzewo. Dosyć daleko. Widziałem tylko jak się podnosi i odchodzi kulejąc. Pobiegłem szybko do Bali. Wziąłem moją biedną żonę na plecy i szybko pobiegłem do Suzy.
- Co się stało?!- zapytała Suzy i Luna jak tylko przyszłem
- Balaa...Wilk...Kopnął ją!Zasłabła! Proszę pomóżcie!- wyjąkałem...
Suzy kazała położyć Balę na macie, uspoić się i wyjść.
Czekałem trochę czasu. Nie wiedziałem co się dzieje z moją żoną... Po chwili wyszła Suzy. Była lekko uśmiechnięta.
-I co z nią?! Nasze dzieci żyją?!- zapytałem
- Mogło być o wiele gorzej...-powiedziała cicho Suzy
- A dokładniej?- zapytałem znów
- Mielibyście troje dzieci...- zaczęła Suzy
- Mielibyście?! Wszystkie nieżyją?!
- Nie. Nie zyje jeden. Pozostała dwójka żyje. To chłopiec i dziewczynka.
- Skąd wiesz że to chłopiec i dziewczynka
- Ponieważ Balaa obudziła się i je urodziła. To kopnięcie w brzuch przyśpieszylo porod. Jednak jest załamana z podu śmierci jednego ze szczeniąt.
- A czy mógłbym je zobaczyć.?
- Tak oczywiście. Ale po cichu , Balaa akurat je karmi.
- Dobrze
Weszłem i zobaczyłem leżącą Balę i dwa szczeniaki pijące mleko. Była to biało-brązowa wilczyca i szaro-czarno-bialy wilczek. Uśmiechnąłem się. Balaa spjrzała na mnie i się uśmiechnęła.Podszedłem do niej
- Wszystko będzie dobrze-powiedziałem
- Dlaczego? Dlaczego ten wilk nas zaatakował? Byśmy mieli jeszcze jedną córeczkę. Biedna mała...
-Nie przejmuj się... Bedzie dobrze. A jak z nimi? Są zdrowe?
- Tak, Suzy powiedziała że nic im nie jest. Myślałeś nad imionami?
- Mam imię dla wilczka. Dla dziewczynki nie za bardzo...
- A jakie imię dla chłopca?
- Myślałem o imieniu Raver. Mój bliski przyjaciel miał tam na imię.
- Swietne imie. A dziewczynka bedzie miec imie po mojej babci.
- Czyli?
- Efra.
- Super.
-Suzy powiedziala ze mozemy wracac do domu.
I jeszcze tego wieczoru wróciliśmy do domu
Od Oriona
Nudziło mi się więc poszłem się przespacerować. Spotkałem wilczyce. To była Suzann.
- Hej kto ty jesteś? Spytała.
- Orion a ty?
- Suzann, a to ty jesteś tym nowym.
- No. Gadaliśmy o naszych historiach. Gdy promienie zachodzącego słońca żuciły na nią swój blask. Wtedy powiedziałem.
- Ale ty piękna jesteś nie wiem jak ten twój Rose mógł cię zostawić.
- Przestań! Może musiał. Powiedziała to ze smutkiem.
- Dobra spokojnie tylko mówię. No to ja już sobie pójdę. Narazie.
- Narazie. Gdy już odchodziłem widziałem że się smuciła ale nie chciałem zawracać jej już głowy moimi gadkami. Szczerze to bardzo fajna mi się wydała.
- Hej kto ty jesteś? Spytała.
- Orion a ty?
- Suzann, a to ty jesteś tym nowym.
- No. Gadaliśmy o naszych historiach. Gdy promienie zachodzącego słońca żuciły na nią swój blask. Wtedy powiedziałem.
- Ale ty piękna jesteś nie wiem jak ten twój Rose mógł cię zostawić.
- Przestań! Może musiał. Powiedziała to ze smutkiem.
- Dobra spokojnie tylko mówię. No to ja już sobie pójdę. Narazie.
- Narazie. Gdy już odchodziłem widziałem że się smuciła ale nie chciałem zawracać jej już głowy moimi gadkami. Szczerze to bardzo fajna mi się wydała.
poniedziałek, 2 lipca 2012
Od Balii
Wracaliśmy od rodziców Mohatu. Byliśmy w połowie drogi, gdy usłyszeliśmy dziwny szelest.
- Balaa stój-szepnął Mohatu- Czekaj...
Podszedł do krzaków. I nagle wyskoczył ogromny wilk!
- Balaa uciekaj!- krzyknął Mohatu
- Nie! Nie zostawię cię samego!- krzyknęłam zrozpaczona
Wilka szarpał się z Mohatu. Mohatu miał minimalną przewagę.
- Balaa uciekaj!Musisz chronić nasze dzieci - krzyknął Mohatu
Wtedy ten wilk uśmiechnął się złośliwie. Zobaczyłam , że patrzał się na mnie. Przestraszyłam się. Wilk przygotował się do skoku iii...! Skoczył prosto na mnie..! Usłyszłam tylko głos Mohatu:
- BALAA NIEEE!!!!
I zasłabłam...
- Balaa stój-szepnął Mohatu- Czekaj...
Podszedł do krzaków. I nagle wyskoczył ogromny wilk!
- Balaa uciekaj!- krzyknął Mohatu
- Nie! Nie zostawię cię samego!- krzyknęłam zrozpaczona
Wilka szarpał się z Mohatu. Mohatu miał minimalną przewagę.
- Balaa uciekaj!Musisz chronić nasze dzieci - krzyknął Mohatu
Wtedy ten wilk uśmiechnął się złośliwie. Zobaczyłam , że patrzał się na mnie. Przestraszyłam się. Wilk przygotował się do skoku iii...! Skoczył prosto na mnie..! Usłyszłam tylko głos Mohatu:
- BALAA NIEEE!!!!
I zasłabłam...
niedziela, 1 lipca 2012
Od Oriona
Wyruszyłem w podróż. Gdy szłem wpadłem na jakiegoś wilka. To była Balaa. Spytała:
- Cześć. Kim jesteś? Po czym dodała: - Co robisz na mojej ziemi?!
- Cześć jestem Orion a ty? A i spokojnie nie zamierzam tu długo być.
- Jestem Balaa. Podrużujesz? Należysz do jakiejś watahy?
- Nie, nie należe do żadnej watahy, podrużuje bo odeszłem od moje rodziny i szukam gdzieś miejsca dla siebie. A ty co tu robisz?
- A mam watahe. Może chcesz dołączyć?
- No sam nie wiem....
- Śmiało! Po czym uśmiechnęła się.
- No dobra. Wiesz co...
- Co?
- Bardzo ładna jesteś.
- Przestań ja ma partnera!
- Ja nic nie sugeruje tylko mówie co widze.
- A może opowiesz swoją historie?
- Dobra... A więc tak:
- Gdy się urodziłem moja matka nie była jeszcze alfą bo była córką alf tak samo jak ojciec. Urodziłem się czarny, a w naszej krainie były tylko białe, szare i brązowe wilki. Mój dziadek podejżewał swoją córkę o zdradę, a co dziwne moje siosry i bracia byli po innym wilku. Moja matka była zaręczona z innym wilkiem z którym nie chciała być. Mama oddała mnie ojcu mówiąc że zaatakowały mnie inne dzikie zwierzęta. Alfa niebios czyli dziadek napdał na watahe Mroku po czym wybuchła wielka wojna matka uratowała mnie i później musiała mnie pożucić. Dalej się wychowywałem sam chociaż ciągle byłem w watadze Mroku. Gdy byłem mały miałem harakter milutkiego szczeniaka, a teraz już nie jest taki. Postanowiłem odejść i poszukać gdzieś indziej miejsca.
Wiem wiem troche źle to opowiedziałem ale chciałem trochę krócej to opowiadać. Szliśmy 2 godziny i doszliśmy do wspaniałego miejsca. Balaa przedstawiła mnie wszystkim i zapoznała. Po czym dała mi własną jaskinie.
- Cześć. Kim jesteś? Po czym dodała: - Co robisz na mojej ziemi?!
- Cześć jestem Orion a ty? A i spokojnie nie zamierzam tu długo być.
- Jestem Balaa. Podrużujesz? Należysz do jakiejś watahy?
- Nie, nie należe do żadnej watahy, podrużuje bo odeszłem od moje rodziny i szukam gdzieś miejsca dla siebie. A ty co tu robisz?
- A mam watahe. Może chcesz dołączyć?
- No sam nie wiem....
- Śmiało! Po czym uśmiechnęła się.
- No dobra. Wiesz co...
- Co?
- Bardzo ładna jesteś.
- Przestań ja ma partnera!
- Ja nic nie sugeruje tylko mówie co widze.
- A może opowiesz swoją historie?
- Dobra... A więc tak:
- Gdy się urodziłem moja matka nie była jeszcze alfą bo była córką alf tak samo jak ojciec. Urodziłem się czarny, a w naszej krainie były tylko białe, szare i brązowe wilki. Mój dziadek podejżewał swoją córkę o zdradę, a co dziwne moje siosry i bracia byli po innym wilku. Moja matka była zaręczona z innym wilkiem z którym nie chciała być. Mama oddała mnie ojcu mówiąc że zaatakowały mnie inne dzikie zwierzęta. Alfa niebios czyli dziadek napdał na watahe Mroku po czym wybuchła wielka wojna matka uratowała mnie i później musiała mnie pożucić. Dalej się wychowywałem sam chociaż ciągle byłem w watadze Mroku. Gdy byłem mały miałem harakter milutkiego szczeniaka, a teraz już nie jest taki. Postanowiłem odejść i poszukać gdzieś indziej miejsca.
Wiem wiem troche źle to opowiedziałem ale chciałem trochę krócej to opowiadać. Szliśmy 2 godziny i doszliśmy do wspaniałego miejsca. Balaa przedstawiła mnie wszystkim i zapoznała. Po czym dała mi własną jaskinie.
Od Mohatu
Będę ojcem, będę ojcem!- te dwa słowa ciągle chodziły mi po głowie. Strasznie się cieszę! Dzisiaj rano byliśmy jeszcze u Suzy i Luny. Powiedziały że za góra tydzień Balaa urodzi. Zaczynamy przygotowania...
. . .
Poszlismy do moich rodziców. Z tego całego zamieszania zapomnieliśmy im o tym powiedzieć.
- Cześć , co u was słychać?- powiedziałem
- O to wy -powiedziała mama
- Przyszliśmy tylko na chwile...- powiedziała Balaa
- A co was sprowadza?- zapytał ojcie
- A chcemy wam coś powiedzieć- powiedziałem z uśmiechem
- Tak? Czy coś się stało?- zapytala zaniepokojona mama
- Tak:) Balaa jest w ciązy:)- powiedziałem
- Naprawdę? To cudowna wiadomość? Kiedy ma termin?
- Za kilka dni. Ale może być wcześniej
- Czuję już jak kopią... Mysle że będzie ich więcej niż jeden- powiedziała Balaa
- Jak ogromnie się cieszę! Będę miała wnuki-powiedziała mama
- My też się cieszymy-odparła Balaa
- Ale teraz musimy juz iść , bo Balaa musi odpoczywac-powiedzialem
- Ależ oczywiście! Balaa ,jak tylko wrócisz, to od razu sie połóż!- powiedziala z troską moja matka
- Dobrze- odparła Balaa
Chociaż wiedziałem , że tego nie zrobi. Ona ciągle musi coś robić...
Pożegnaliśmy się i poszliśmy do domu...
. . .
Poszlismy do moich rodziców. Z tego całego zamieszania zapomnieliśmy im o tym powiedzieć.
- Cześć , co u was słychać?- powiedziałem
- O to wy -powiedziała mama
- Przyszliśmy tylko na chwile...- powiedziała Balaa
- A co was sprowadza?- zapytał ojcie
- A chcemy wam coś powiedzieć- powiedziałem z uśmiechem
- Tak? Czy coś się stało?- zapytala zaniepokojona mama
- Tak:) Balaa jest w ciązy:)- powiedziałem
- Naprawdę? To cudowna wiadomość? Kiedy ma termin?
- Za kilka dni. Ale może być wcześniej
- Czuję już jak kopią... Mysle że będzie ich więcej niż jeden- powiedziała Balaa
- Jak ogromnie się cieszę! Będę miała wnuki-powiedziała mama
- My też się cieszymy-odparła Balaa
- Ale teraz musimy juz iść , bo Balaa musi odpoczywac-powiedzialem
- Ależ oczywiście! Balaa ,jak tylko wrócisz, to od razu sie połóż!- powiedziala z troską moja matka
- Dobrze- odparła Balaa
Chociaż wiedziałem , że tego nie zrobi. Ona ciągle musi coś robić...
Pożegnaliśmy się i poszliśmy do domu...
Nowi członek!
Imię: Orion
Wiek: 3 lata
Płeć: Samiec
Stanowisko: Szpieg
Moce: Potrafi zamienić się w inne zwierze i ducha, przywołuje wszystkie zwierzęta które mu pomagają ( za pomocą medalionu ), ma moc światłości i mroku, chodzi po wodzie za pomocą medalionu.
Charakter: Czasami miły i przyjazny, gdy pokocha kogoś to już nie przestanie, tajemniczy, odważny, potrafi być bardzo złośliwy i wścibski, ciekawski.
Partner: Szuka
Rodzina: Ojciec był alfą Mroku, a jego matka była alfą Niebios.
Opiekun: Uwaga Oszustka!!!
Wiek: 3 lata
Płeć: Samiec
Stanowisko: Szpieg
Moce: Potrafi zamienić się w inne zwierze i ducha, przywołuje wszystkie zwierzęta które mu pomagają ( za pomocą medalionu ), ma moc światłości i mroku, chodzi po wodzie za pomocą medalionu.
Charakter: Czasami miły i przyjazny, gdy pokocha kogoś to już nie przestanie, tajemniczy, odważny, potrafi być bardzo złośliwy i wścibski, ciekawski.
Partner: Szuka
Rodzina: Ojciec był alfą Mroku, a jego matka była alfą Niebios.
Opiekun: Uwaga Oszustka!!!
Nowy członek !
Imię : Hanako
Płec: Samica
Charakter: Miła, wesoła, psotka, odważna
Pozycja w stadzie: strażniczka
Partner: Kiba
Właścicielka: Sasuke the Hero
Płec: Samica
Charakter: Miła, wesoła, psotka, odważna
Pozycja w stadzie: strażniczka
Partner: Kiba
Właścicielka: Sasuke the Hero
Od Suzann (ciąg dalszy)
Po 20 dniach leżenia w jaskini Rosa powiedział, ze wreszcie mogę wstać. Na początku ledwo mi się to udawało, ale z jego pomocą już po paru godzinach znów mogłam chodzić. Nagle uświadomiłam sobie, że nic o nim nie wiem… oprócz oczywiście tego jak się nazywa. Nie było mi wiadome skąd pochodzi, jak znalazł się w tym lesie, kto jest jego rodziną, ani czemu doszedł do takiego toku rozumowania. Wiedziałam jednak, że jest mi bliższy niż ktokolwiek inny na całym tym złożonym świecie. Pierwszy raz w całym moim złożonym życiu poczułam, że nie mogłabym dłużej żyć, gdyby nie było go przy mnie.
Parę dni później oboje doszliśmy do wniosku, że trzeba znaleźć mi jakąś jaskinię, w której mogłabym zamieszkać.
-Szukaliśmy już chyba wszędzie- powiedziałam po paru godzinach z rozczarowaniem
-Nie wiem jak to możliwe, że w całym, tak ogromnym lesie jest tylko jedna jaskinia, odpowiednia dla wilka!
-Nom i niestety jest zajęta przez pewnego, uroczeg…- nie zdążyłam powiedzieć, bo Rose mi przerwał, zapominając chwilowo o naszej rozmowie
-Nie wierzę!!!- powiedział z ogromną radością-To jest lilia?!?!
-???-spojrzałam ze zdziwieniem na mojego towarzysza
-Ale jak ona się tu uchowała!!!
-O co ci chodzi?
-Spójrz tylko!- mówiąc to Rose odsłonił gałąź przesłaniającą przepiękny kwiat, jaki widziałam pierwszy raz w życiu
-O jej! Niesamowite! Nigdy w życiu nie widziałam niczego piękniejszego!- odpowiedziałam podniecona
-Tak, jest naprawdę niesamowita!- po czy po chwili dodał, troszkę bardziej opanowany- wiesz… ja… widziałem- mówiąc to znów spojrzał na mnie pełną głębią swych błękitnych, zachwycających oczu i znowu coś zaczęło mnie rozdzierać od środka, ale nie był to żadnego rodzaju ból, tylko coś, coś zupełnie od bólu się różniącego…
-Co takiego?- odpowiedziałam po dłuższej chwili, udając troszeczkę zagubioną
-Chyba mam już dla cb idealne imię- powiedział Rose, zmieniając odrobinkę temat- Myślę, że powinnaś nazywać się Suzann…
-Co?... Czemu akurat Suzann?
-Po łacinie imię Suzann oznacza lilię, taką jak ta…
Później oboje spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy i wszystko już było wiadomo… Rose przytulił się do mnie i wyznał mi miłość. Po chwili usłyszałam zbliżające się do nas, dość spore stado wilków.
-Uciekajmy!- powiedziałam cicho
-Ale dlaczego?- odpowiedział zdziwiony Rose
-Słyszałam wilki!
-Nie możemy uciekać, przed wszystkimi wilkami, których nie znamy, po za tym ja nic nie słyszę, może ci się tylko zdawało...
Nim Rose zdążył skończyć stanął za nim wielki, dobrze zbudowany wilk, bez jednego oka. Jego wygląd był przerażający…
-Co robicie na naszej ziemi!- ryknął wilk, patrząc tylko na mnie i nie zwracając większej uwagi na stojącego tyłem Rosa
-To nie jest wasza ziemia! Należy do wszystkich zwierząt…- odpowiedziałam szczerząc kły, ale natychmiast przestałam, gdy zobaczyłam mnóstwo przerażających wilków wyłaniających się zza pleców swojego guru
-Tata?...Ale to niemożliwe- powiedział nagle, wcześniej nie zauważony zbytnio Rose- Przecież… Myślałem, że te pantery cię zabiły!- po czym zaczął tulić się do ogromnego, przerażającego wilka
-Rose! Synu! Jak ty wyrosłeś!- odpowiedział, już całkiem innym głosem ogromny wilk- Tak długo cię nie widziałem! Podczas wojny z tymi panterami byłeś jeszcze przecież szczeniakiem. A tu proszę; stoi przede mną dorosły, groźny wilk!- powiedział i nagle uświadomił sobie, że Rose nie jest sam- Ojj… gdzie moje maniery! Witam panią- mówiąc to spojrzał na mnie, już z całkiem innym wyrazem twarzy( pyska)- Synu nie przedstawisz mi swojej towarzyszki?
-Oczywiście!- powiedział odrobinkę zagubiony Rose- To moja… ych…
-Narzeczona- dokończyłam, radując tym przeogromnie Rosa
-Nazywa się… yyych…
-Suzann- znów pomogłam mu skończyć
-No, no, no nieźle! To kiedy ślub?
Oboje nie wiedzieliśmy co odpowiedzieć( tym bardziej, że ja nie wiedziałam co to znaczy). Później dołączyliśmy do watahy Warrisa( tata Rosa), a następnego dnia wzięliśmy ślub. Okazało się, że wataha ma swoją siedzibę na małej polanie, na około której był ogromny las, w którym przedtem mieszkaliśmy. Zostaliśmy zakwaterowani w dużej, przytulnej jaskini, a ponieważ samiec alfa( ojciec mojego męża) nie miał odpowiedniej kandydatki na partnerkę, my zostaliśmy parą alfa. Ale to nie był koniec dobrych wiadomości. Okazało się, że zaszłam w ciążę. Dopiero w tedy uświadomiłam sobie, że tak naprawdę , w głębi duszy zawsze o tym marzyłam. Myślałam, że lepiej już być nie może i że nic nie sprawi, że stracę to wszystko. Miałam ukochanego męża, wielu przyjaciół i dzieci w drodze! Nie odczuwałam już żadnego strachu ani lęku, wreszcie nie musiałam ukrywać się przed innymi i codziennie walczyć o życie!
Nasze szczęście nie trwało jednak wiecznie, tak jak to sobie zaplanowałam. Gdy byłam w trzecim tygodniu ciąży naszą watahą zainteresowały się pantery, tworzące niemałe stadko. Nawet nas nie ostrzegły… Zaatakowały o brzasku… Wszyscy jeszcze spali… Pantery opracowały genialną strategię- otoczyły naszą polanę, a następnie po woli, cichutko zaczęły zbliżać się do każdej wilczej jaskini. Najwięcej, najgroźniejszych kotów miało zaatakować jaskinię pary alfa… Obudziłam się nim zdążyły dojść do polany. Zerwałam się na równe nogi( łapy) i gdy uświadomiłam sobie co się dzieję poczęłam budzić Rosa. Od razu wybiegliśmy z jaskini, by upewnić się czy to prawda. Nie przesłyszało mi się… To była prawda, okrutna prawda. Oboje zaczęliśmy wyć na alarm by obudzić resztę watahy, ale było już za późno… Pantery właśnie dotarły na naszą polanę. Miałam wrażenie, że jest ich nieskończenie wiele… Znowu ogarnął mnie taki strach, jak w tym dole, z którego wyciągnął mnie Rose. Nie mogłam nawet drgnąć, nie mówiąc o ucieczce, czy walce.
- Sue.- Powiedział nagle niesamowicie spokojnie Rose i polizał mnie w policzek- Kochasz mnie?
- Oczywiście- odpowiedziałam już spokojna- dlaczego pytasz?
- Jeśli naprawdę mnie kochasz, to uciekaj tak szybko, jak bardzo mnie kochasz… i nie oglądaj się za siebie…
- Rose, ale przecież…
- Jeśli naprawdę mnie kochasz…
Nie mogłam zrobić nic innego, jak tylko uciekać… Schowałam się w jaskini, w której przedtem mieszkał Rose i czekałam… Czekałam bardzo długo… Codziennie wychodziłam przed jaskinię i wypatrywałam… Ale on nie przyszedł… Już go więcej nie widziałam… Na dodatek okazało się, że poroniłam… Straciłam wszystko… Nie wiedziałam co mam robić…
Pewnego dnia przypomniało mi się, że Rose mówił mi kiedyś o pewnej mądrej małpie mieszkającej w lesie, która pomoże wyjść z każdej strasznej sytuacji. Był to niejaki Rafiki. Postanowiłam go odnaleźć. Łudziłam się, że on może mi pomóc. Gdy go odnalazłam zaczęłam opowiadać mu szczegółowo co mi się przydarzyło. Miałam wrażenie, że w ogóle mnie nie słucha, ale mówiłam dalej. Gdy wreszcie skończyłam powiedział tylko: „ Twoje serce ma być dumne” i natychmiast uciekł. Nie zdążyłam zapytać nawet co to oznacza. Wracając do jaskini po raz kolejny zobaczyłam lilię, nad którą dawniej razem Rosem się zachwycałam. Usiadłam przy niej i zaczęłam się wpatrywać. W tedy zrozumiałam o co chodzi małpie. Moje serce należy i zawsze będzie należało do Rosa. Powinnam więc żyć tak, aby mój ukochany, gdy się odnajdzie, mógł być ze mnie dumny. To właśnie w tedy przestałam polować i odnalazłam drzewo, którego owocami żywił się Rose. Zaczęłam zgłębiać też, które zioła pomagają w jakich okolicznościach chorobowych i nauczyłam się porozumiewać telepatycznie z innymi stworzeniami. Od tamtej pory umiem też panować nad ruchem i zachowaniem różnych roślin. Pozostało mi tylko czekać…
Do tej pory błąkałam się po ogromnym lesie i szukałam jakichkolwiek wiadomości o kim kolwiek z mojej watahy. Nie udało mi się znaleźć nikogo… Spotkałam jednak Balę, która pozwoliła mi dołączyć do swojej watahy. Jestem jej za to przeogromnie wdzięczna :-*
Parę dni później oboje doszliśmy do wniosku, że trzeba znaleźć mi jakąś jaskinię, w której mogłabym zamieszkać.
-Szukaliśmy już chyba wszędzie- powiedziałam po paru godzinach z rozczarowaniem
-Nie wiem jak to możliwe, że w całym, tak ogromnym lesie jest tylko jedna jaskinia, odpowiednia dla wilka!
-Nom i niestety jest zajęta przez pewnego, uroczeg…- nie zdążyłam powiedzieć, bo Rose mi przerwał, zapominając chwilowo o naszej rozmowie
-Nie wierzę!!!- powiedział z ogromną radością-To jest lilia?!?!
-???-spojrzałam ze zdziwieniem na mojego towarzysza
-Ale jak ona się tu uchowała!!!
-O co ci chodzi?
-Spójrz tylko!- mówiąc to Rose odsłonił gałąź przesłaniającą przepiękny kwiat, jaki widziałam pierwszy raz w życiu
-O jej! Niesamowite! Nigdy w życiu nie widziałam niczego piękniejszego!- odpowiedziałam podniecona
-Tak, jest naprawdę niesamowita!- po czy po chwili dodał, troszkę bardziej opanowany- wiesz… ja… widziałem- mówiąc to znów spojrzał na mnie pełną głębią swych błękitnych, zachwycających oczu i znowu coś zaczęło mnie rozdzierać od środka, ale nie był to żadnego rodzaju ból, tylko coś, coś zupełnie od bólu się różniącego…
-Co takiego?- odpowiedziałam po dłuższej chwili, udając troszeczkę zagubioną
-Chyba mam już dla cb idealne imię- powiedział Rose, zmieniając odrobinkę temat- Myślę, że powinnaś nazywać się Suzann…
-Co?... Czemu akurat Suzann?
-Po łacinie imię Suzann oznacza lilię, taką jak ta…
Później oboje spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy i wszystko już było wiadomo… Rose przytulił się do mnie i wyznał mi miłość. Po chwili usłyszałam zbliżające się do nas, dość spore stado wilków.
-Uciekajmy!- powiedziałam cicho
-Ale dlaczego?- odpowiedział zdziwiony Rose
-Słyszałam wilki!
-Nie możemy uciekać, przed wszystkimi wilkami, których nie znamy, po za tym ja nic nie słyszę, może ci się tylko zdawało...
Nim Rose zdążył skończyć stanął za nim wielki, dobrze zbudowany wilk, bez jednego oka. Jego wygląd był przerażający…
-Co robicie na naszej ziemi!- ryknął wilk, patrząc tylko na mnie i nie zwracając większej uwagi na stojącego tyłem Rosa
-To nie jest wasza ziemia! Należy do wszystkich zwierząt…- odpowiedziałam szczerząc kły, ale natychmiast przestałam, gdy zobaczyłam mnóstwo przerażających wilków wyłaniających się zza pleców swojego guru
-Tata?...Ale to niemożliwe- powiedział nagle, wcześniej nie zauważony zbytnio Rose- Przecież… Myślałem, że te pantery cię zabiły!- po czym zaczął tulić się do ogromnego, przerażającego wilka
-Rose! Synu! Jak ty wyrosłeś!- odpowiedział, już całkiem innym głosem ogromny wilk- Tak długo cię nie widziałem! Podczas wojny z tymi panterami byłeś jeszcze przecież szczeniakiem. A tu proszę; stoi przede mną dorosły, groźny wilk!- powiedział i nagle uświadomił sobie, że Rose nie jest sam- Ojj… gdzie moje maniery! Witam panią- mówiąc to spojrzał na mnie, już z całkiem innym wyrazem twarzy( pyska)- Synu nie przedstawisz mi swojej towarzyszki?
-Oczywiście!- powiedział odrobinkę zagubiony Rose- To moja… ych…
-Narzeczona- dokończyłam, radując tym przeogromnie Rosa
-Nazywa się… yyych…
-Suzann- znów pomogłam mu skończyć
-No, no, no nieźle! To kiedy ślub?
Oboje nie wiedzieliśmy co odpowiedzieć( tym bardziej, że ja nie wiedziałam co to znaczy). Później dołączyliśmy do watahy Warrisa( tata Rosa), a następnego dnia wzięliśmy ślub. Okazało się, że wataha ma swoją siedzibę na małej polanie, na około której był ogromny las, w którym przedtem mieszkaliśmy. Zostaliśmy zakwaterowani w dużej, przytulnej jaskini, a ponieważ samiec alfa( ojciec mojego męża) nie miał odpowiedniej kandydatki na partnerkę, my zostaliśmy parą alfa. Ale to nie był koniec dobrych wiadomości. Okazało się, że zaszłam w ciążę. Dopiero w tedy uświadomiłam sobie, że tak naprawdę , w głębi duszy zawsze o tym marzyłam. Myślałam, że lepiej już być nie może i że nic nie sprawi, że stracę to wszystko. Miałam ukochanego męża, wielu przyjaciół i dzieci w drodze! Nie odczuwałam już żadnego strachu ani lęku, wreszcie nie musiałam ukrywać się przed innymi i codziennie walczyć o życie!
Nasze szczęście nie trwało jednak wiecznie, tak jak to sobie zaplanowałam. Gdy byłam w trzecim tygodniu ciąży naszą watahą zainteresowały się pantery, tworzące niemałe stadko. Nawet nas nie ostrzegły… Zaatakowały o brzasku… Wszyscy jeszcze spali… Pantery opracowały genialną strategię- otoczyły naszą polanę, a następnie po woli, cichutko zaczęły zbliżać się do każdej wilczej jaskini. Najwięcej, najgroźniejszych kotów miało zaatakować jaskinię pary alfa… Obudziłam się nim zdążyły dojść do polany. Zerwałam się na równe nogi( łapy) i gdy uświadomiłam sobie co się dzieję poczęłam budzić Rosa. Od razu wybiegliśmy z jaskini, by upewnić się czy to prawda. Nie przesłyszało mi się… To była prawda, okrutna prawda. Oboje zaczęliśmy wyć na alarm by obudzić resztę watahy, ale było już za późno… Pantery właśnie dotarły na naszą polanę. Miałam wrażenie, że jest ich nieskończenie wiele… Znowu ogarnął mnie taki strach, jak w tym dole, z którego wyciągnął mnie Rose. Nie mogłam nawet drgnąć, nie mówiąc o ucieczce, czy walce.
- Sue.- Powiedział nagle niesamowicie spokojnie Rose i polizał mnie w policzek- Kochasz mnie?
- Oczywiście- odpowiedziałam już spokojna- dlaczego pytasz?
- Jeśli naprawdę mnie kochasz, to uciekaj tak szybko, jak bardzo mnie kochasz… i nie oglądaj się za siebie…
- Rose, ale przecież…
- Jeśli naprawdę mnie kochasz…
Nie mogłam zrobić nic innego, jak tylko uciekać… Schowałam się w jaskini, w której przedtem mieszkał Rose i czekałam… Czekałam bardzo długo… Codziennie wychodziłam przed jaskinię i wypatrywałam… Ale on nie przyszedł… Już go więcej nie widziałam… Na dodatek okazało się, że poroniłam… Straciłam wszystko… Nie wiedziałam co mam robić…
Pewnego dnia przypomniało mi się, że Rose mówił mi kiedyś o pewnej mądrej małpie mieszkającej w lesie, która pomoże wyjść z każdej strasznej sytuacji. Był to niejaki Rafiki. Postanowiłam go odnaleźć. Łudziłam się, że on może mi pomóc. Gdy go odnalazłam zaczęłam opowiadać mu szczegółowo co mi się przydarzyło. Miałam wrażenie, że w ogóle mnie nie słucha, ale mówiłam dalej. Gdy wreszcie skończyłam powiedział tylko: „ Twoje serce ma być dumne” i natychmiast uciekł. Nie zdążyłam zapytać nawet co to oznacza. Wracając do jaskini po raz kolejny zobaczyłam lilię, nad którą dawniej razem Rosem się zachwycałam. Usiadłam przy niej i zaczęłam się wpatrywać. W tedy zrozumiałam o co chodzi małpie. Moje serce należy i zawsze będzie należało do Rosa. Powinnam więc żyć tak, aby mój ukochany, gdy się odnajdzie, mógł być ze mnie dumny. To właśnie w tedy przestałam polować i odnalazłam drzewo, którego owocami żywił się Rose. Zaczęłam zgłębiać też, które zioła pomagają w jakich okolicznościach chorobowych i nauczyłam się porozumiewać telepatycznie z innymi stworzeniami. Od tamtej pory umiem też panować nad ruchem i zachowaniem różnych roślin. Pozostało mi tylko czekać…
Do tej pory błąkałam się po ogromnym lesie i szukałam jakichkolwiek wiadomości o kim kolwiek z mojej watahy. Nie udało mi się znaleźć nikogo… Spotkałam jednak Balę, która pozwoliła mi dołączyć do swojej watahy. Jestem jej za to przeogromnie wdzięczna :-*
Subskrybuj:
Posty (Atom)