wtorek, 10 lipca 2012

Od Suzann

Dzisiaj minęło już około 40 dni odkąd powiedziałam Rosowi, że będziemy rodzicami. Był taki szczęśliwy! Właśnie poszedł do lasu pozbierać coś do jedzenia, a mi zabronił wychodzić z jaskini. Na dworze było pochmurnie i padał deszcz. Było okropnie zimno. Postanowiłam, że pójdę do Bali, która, znając życie siedzi sama z dziećmi. W ich jaskini było cieplutko, na środku paliło się malutkie ognisko (dziwne…), Malutka Efra słodko drzemała obok mamy, a River grzecznie bawił się z zajączkiem. Balaa leżała i patrzyła się na zachmurzone niebo i nawet ni zauważyła, że przyszłam.
-Hej- powiedziałam
-Cześć Suzy!- powiedziała przyjacielsko Balaa- jak się czujesz? Kiedy będzie maluch?
-Nie wiem… Już powinien być. Czuję się dobrze. Trochę się martwię…
-Będzie dobrze! Zobaczysz. Maluchy urodzą się zdrowe…
-Nie o nie się martwię… Nadal nie wiadomo czego można spodziewać się po tych wilkach…
- Nie bój się. Mnie też ogarnia strach głównie o dzieci, ale ufam naszym mężom i reszcie wojowników. Po za tym wiem kto
-Ty zawsze wiesz jak mnie podnieść na duchu!- Powiedziałam i położyłam się obok niej
Leżałyśmy tak chwil, a potem Rose i Mohatu przynieśli jedzenie i dobre wiadomości. Powiedzieli, że nic i nikogo nie widać, że póki co możemy być spokojne. Czułam, że już nie długo będę rodzić. Nie wiedziałam czy cieszyć się z tego powodu, czy może wręcz przeciwnie…
Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Rose i Mohatu poszli po jedzenie a ja i Balaa pilnowałyśmy dzieci. Opowiedziała mi o Teyteyu i zaczarowanym amulecie. Zmartwiło mnie to. Droga do jaskini jest naprawdę długa i podróż może potrwać nawet parę tygodni w jedną stronę. Obie nie wiedziałyśmy co można by zrobić. Widziałam, że Balaa jest zmartwiona tą sytuacją. Dało się wyczuć, że oprócz tego, że nienawidzi to trochę też boi się Teyteya. Mówiła, że jest on nieprzewidywalny.
-Balaa, jeśli tylko zaplanujecie podróż do jaskini to pamiętajcie, że oferujemy wam pomoc. Nie puścimy was samych. To jest naprawdę niebezpieczna podróż…- zaproponowałam
-Wiem, dziękuję. Porozmawiam o tym jeszcze z Mohatu.
Gdy tylko zdążyła odpowiedzieć do jaskini weszli nasi mężowie z pełnym koszem pysznych owoców. Wszyscy najedliśmy się do syta, a potem posiedzieliśmy jeszcze chwilę i pogadaliśmy, głównie o niebezpieczeństwie, ale także o maleństwach, które noszę w brzuchu. Gdy wracaliśmy z Rosem do naszej jaskini usłyszałam kogoś zbliżającego się do jaskini naszych przyjaciół.
-To on!- powiedziałam po cichu i obejrzałam się dyskretnie za siebie
Nie myliłam się. Był to ten sam wilk, który zaatakował nas przedtem i skoczył w odmęty wodospadu. Skradał się po cichu do jaskini Mohatu i Bali, którzy właśnie zasnęli. Bez zastanowienia rzuciłam się na wilka. Myślałam tylko o bezpieczeństwie pary alfa. Rose gdy to ujrzał od razu pobiegł za mną. Wilk rzucił mną o drzewo… Dalej nic nie pamiętam…
Następnego dnia obudziłam się rano, grubo po brzasku. Nade mną siedział zmartwiony Rose i Balaa. Za nimi był Mohatu ze swoimi dziećmi. Strasznie bolał mnie brzuch. Mój mąż powiedział, że gdy wilk rzucił mną o drzewo Mohatu obudził się i ruszył mu na pomoc. Nie proszony gość od razu się wycofał i uciekł w głąb lasu. Wiedział, że nie ma szans z całą watahą wilków.
-Brzuch mnie boli- powiedziałam po chwili
Ból narastał co chwila. Dopiero w tedy zorientowałam się, że mam skurcze.
-Rodzę!!!- krzyknęłam
Balaa szybko pobiegła po Lunę, która odebrała mój poród. Urodziłam prześliczną córeczkę, z której jestem naprawdę przeszczęśliwa. Ale co dalej? Co planuje Teytey? Czy nie zagrozi to naszym dzieciom? Te pytania cały czas mnie dręczą…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz