poniedziałek, 9 lipca 2012

Od Suzann

Naglę się obudziłam. Rose spal obok , a na dworzu wstawał dzień Wila, z którą się przyjaźniłam właśnie szła na polowanie. „A więc to wszystko był tylko straszny sen?!” myślałam. Wtedy obudził się mój mąż i zaczęliśmy się przytulać.
- Miałam straszny sen… - powiedziałam i nagle obudziła mnie rzeczywistość zwana w tym wypadku Balaa…
- Masz może jakiś bandaż- pytała z niewiadomych przyczyn, a ja nie miałam nawet najmniejszej ochoty pytać po co
- Tak proszę…- powiedziałam i dałam jej trochę bandaża z wodorostów
-Dlaczego jesteś taka smutna- pytała przyjacielsko zmartwiona Balaa
-Wiesz… Dziś mija rok… odkąd...- nie mogłam skończyć- od momentu gdy pierwszy raz go spotkałam…
- Wierzę, że kiedyś… że żyję i się znajdziecie. Jak byś chciała iść do lasu znowu szukać do możesz być pewna naszej pomocy.
- Wiem o tym Balu- powiedziałam z łzami w oczach- muszę iść się trochę odświeżyć..- powiedziałam i zaczęłam iść stronę naszego małego bajorka.
- Może chcesz…
-Chcę pobyć sama, dziękuję…
- Oczywiście, rozumiem…
Gdy poszłam nad jeziorko cały czas miałam natłok myśli, dotyczących Rosa. Nie mogłam przestać o nim myśleć. „ Chociaż sprawdzę” mówiłam do siebie i natychmiast pobiegłam w stronę polany na której była przedtem nasza wataha, ale nie miałam nawet najmniejszej nadziei, jednak ogromnie chciałam sprawdzić... Nadal wierzyłam, że on żyje…
Gdy byłam już blisko usłyszałam jakieś dźwięki. Po trzech godzinach drogi nareszcie doszłam na miejsce.
-Su… Suuu… Suu..
- Suzann- pomogłam skończyć Wilii idącej w moją stronę i niedowierzającej swoim oczom.
- To nie możliwe!!! Wszyscy myśleli, że już nie żyjesz!!!
- Ja myślałam, że wy nie żyjecie, a wy tu sobie żyjecie jak gdyby nigdy nic!!! Jak się cieszę!!! A te pantery!!!
-Okazało się, że ktoś podkradał im mięso, trop prowadził do nas. Ale wszystko się wyjaśniło i skończyło dobrze… no prawie... paru naszych poległo…
- Rose!!!
- Co Rose?
-Gdzie on jest?! Żyje?!
- Rose… -nagle posmutniała martwiąc tym mnie- nie mógł dłużej żyć bez ciebie…
- Co????!!!!!!
-Przed godziną poszedł w głąb lasu i powiedział tylko: „Idę jeszcze raz trasą miłości, może gdzieś tam ją znajdę. A jeśli nie to moje życie nie ma bez niej najmniejszego sensu i nie chcę się dłużej męczyć… i swoim następcą ustanowił Morta, który, nie uwierzysz jest moim mężem!!!
Nie słuchałam jej dalej, natychmiast pobiegłam w głąb lasu. „Trasą miłości” Rose nazywał drogę, którą niegdyś codziennie chodziliśmy, rozpoczynając od naszej starej jaskini, w której leczył moją łapę, idąc obok pułapki, z której mnie wyciągnął, lilli dzięki której mam imię, kamienia przy którym dowiedział się, że jestem w ciąży i kończąc na ogromnym wodospadzie, przy którym oglądaliśmy przepiękny zachód słońca. Zaczęłam biec tą trasą jak najszybciej się da. Miałam nadzieję, że zdążę zanim stanie się tragedia…
Nareszcie doszłam do wodospadu. Nie było go tam… Zaczęłam płakać a moje łzy kapały w dół wodospadu… Siedziałam tak piętnaście minut . Nagle usłyszał kroki kogoś zbliżającego się do mnie. Skoczyłam w krzaki i oddychałam jak najciszej, jak niegdyś przy polowaniu. Dając mi przeogromną radość nadszedł ciemny strasznie smutny, przystojny, młody wilk. Usiadł na samym skraju kamienia, tuż nad wodospadem. Usiadłam tuż obok, lecz nawet nie spojrzał w moją stronę.
-Co tu robisz?- spytałam lecz nawet nie odpowiedział- bo ja mam zamiar skoczyć…- dodałam udając zroszczarowaną
-Czemu- spytał słabo udając zainteresowanego odpowiedzią
-Straciłam jedyną osobę, dla której moje życie miało sens… A ty?
- Ja też- powiedział nie spoglądając nawet na mnie
-Jak się nazywała? Mój mąż to był Rose, miałam mieć z nim nawet dzieci… Straciłam to wszystko. Wiesz… wyglądał on całkiem jak ty. Miał niesamowite błękitne oczy. A ja jestem Suzann. A ty?
- Aha…
Siedzieliśmy tak jeszcze jakieś piętnaście sekund a następnie Rose odwrócił łeb w moją stronę, wytrzeszczył przeraźliwie oczy uchylił troszkę pysk i…
- Suzann- krzyknął- Suzann!!! Suzy!!! Sue!!! Suzy!!!- a potem zaczęliśmy się przytulać i całować
Przeszliśmy naszą trasą miłości i przespaliśmy noc w starej jaskini Rosa, tak zwanej kawalerce. Rose dokładnie opowiedział jak to było z tymi panterami. Udało mi się go ubłagać abyśmy oboje mogli należeć do watahy w mroku. Był tak szczęśliwy, że zgodziłby się na wszystko, z resztą tak samo jak ja. Gdy doszliśmy do domu przyszli do nas Balaa i Mohatu, pytający kiedy urodzą się dzieci. Od razu zgodzili się by Rose został członkiem watahy. Okazało się, że oba wilki już się znają! To był najszczęśliwszy dzień w całym moim życiu!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz