Po 20 dniach leżenia w jaskini Rosa powiedział, ze wreszcie mogę wstać. Na początku ledwo mi się to udawało, ale z jego pomocą już po paru godzinach znów mogłam chodzić. Nagle uświadomiłam sobie, że nic o nim nie wiem… oprócz oczywiście tego jak się nazywa. Nie było mi wiadome skąd pochodzi, jak znalazł się w tym lesie, kto jest jego rodziną, ani czemu doszedł do takiego toku rozumowania. Wiedziałam jednak, że jest mi bliższy niż ktokolwiek inny na całym tym złożonym świecie. Pierwszy raz w całym moim złożonym życiu poczułam, że nie mogłabym dłużej żyć, gdyby nie było go przy mnie.
Parę dni później oboje doszliśmy do wniosku, że trzeba znaleźć mi jakąś jaskinię, w której mogłabym zamieszkać.
-Szukaliśmy już chyba wszędzie- powiedziałam po paru godzinach z rozczarowaniem
-Nie wiem jak to możliwe, że w całym, tak ogromnym lesie jest tylko jedna jaskinia, odpowiednia dla wilka!
-Nom i niestety jest zajęta przez pewnego, uroczeg…- nie zdążyłam powiedzieć, bo Rose mi przerwał, zapominając chwilowo o naszej rozmowie
-Nie wierzę!!!- powiedział z ogromną radością-To jest lilia?!?!
-???-spojrzałam ze zdziwieniem na mojego towarzysza
-Ale jak ona się tu uchowała!!!
-O co ci chodzi?
-Spójrz tylko!- mówiąc to Rose odsłonił gałąź przesłaniającą przepiękny kwiat, jaki widziałam pierwszy raz w życiu
-O jej! Niesamowite! Nigdy w życiu nie widziałam niczego piękniejszego!- odpowiedziałam podniecona
-Tak, jest naprawdę niesamowita!- po czy po chwili dodał, troszkę bardziej opanowany- wiesz… ja… widziałem- mówiąc to znów spojrzał na mnie pełną głębią swych błękitnych, zachwycających oczu i znowu coś zaczęło mnie rozdzierać od środka, ale nie był to żadnego rodzaju ból, tylko coś, coś zupełnie od bólu się różniącego…
-Co takiego?- odpowiedziałam po dłuższej chwili, udając troszeczkę zagubioną
-Chyba mam już dla cb idealne imię- powiedział Rose, zmieniając odrobinkę temat- Myślę, że powinnaś nazywać się Suzann…
-Co?... Czemu akurat Suzann?
-Po łacinie imię Suzann oznacza lilię, taką jak ta…
Później oboje spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy i wszystko już było wiadomo… Rose przytulił się do mnie i wyznał mi miłość. Po chwili usłyszałam zbliżające się do nas, dość spore stado wilków.
-Uciekajmy!- powiedziałam cicho
-Ale dlaczego?- odpowiedział zdziwiony Rose
-Słyszałam wilki!
-Nie możemy uciekać, przed wszystkimi wilkami, których nie znamy, po za tym ja nic nie słyszę, może ci się tylko zdawało...
Nim Rose zdążył skończyć stanął za nim wielki, dobrze zbudowany wilk, bez jednego oka. Jego wygląd był przerażający…
-Co robicie na naszej ziemi!- ryknął wilk, patrząc tylko na mnie i nie zwracając większej uwagi na stojącego tyłem Rosa
-To nie jest wasza ziemia! Należy do wszystkich zwierząt…- odpowiedziałam szczerząc kły, ale natychmiast przestałam, gdy zobaczyłam mnóstwo przerażających wilków wyłaniających się zza pleców swojego guru
-Tata?...Ale to niemożliwe- powiedział nagle, wcześniej nie zauważony zbytnio Rose- Przecież… Myślałem, że te pantery cię zabiły!- po czym zaczął tulić się do ogromnego, przerażającego wilka
-Rose! Synu! Jak ty wyrosłeś!- odpowiedział, już całkiem innym głosem ogromny wilk- Tak długo cię nie widziałem! Podczas wojny z tymi panterami byłeś jeszcze przecież szczeniakiem. A tu proszę; stoi przede mną dorosły, groźny wilk!- powiedział i nagle uświadomił sobie, że Rose nie jest sam- Ojj… gdzie moje maniery! Witam panią- mówiąc to spojrzał na mnie, już z całkiem innym wyrazem twarzy( pyska)- Synu nie przedstawisz mi swojej towarzyszki?
-Oczywiście!- powiedział odrobinkę zagubiony Rose- To moja… ych…
-Narzeczona- dokończyłam, radując tym przeogromnie Rosa
-Nazywa się… yyych…
-Suzann- znów pomogłam mu skończyć
-No, no, no nieźle! To kiedy ślub?
Oboje nie wiedzieliśmy co odpowiedzieć( tym bardziej, że ja nie wiedziałam co to znaczy). Później dołączyliśmy do watahy Warrisa( tata Rosa), a następnego dnia wzięliśmy ślub. Okazało się, że wataha ma swoją siedzibę na małej polanie, na około której był ogromny las, w którym przedtem mieszkaliśmy. Zostaliśmy zakwaterowani w dużej, przytulnej jaskini, a ponieważ samiec alfa( ojciec mojego męża) nie miał odpowiedniej kandydatki na partnerkę, my zostaliśmy parą alfa. Ale to nie był koniec dobrych wiadomości. Okazało się, że zaszłam w ciążę. Dopiero w tedy uświadomiłam sobie, że tak naprawdę , w głębi duszy zawsze o tym marzyłam. Myślałam, że lepiej już być nie może i że nic nie sprawi, że stracę to wszystko. Miałam ukochanego męża, wielu przyjaciół i dzieci w drodze! Nie odczuwałam już żadnego strachu ani lęku, wreszcie nie musiałam ukrywać się przed innymi i codziennie walczyć o życie!
Nasze szczęście nie trwało jednak wiecznie, tak jak to sobie zaplanowałam. Gdy byłam w trzecim tygodniu ciąży naszą watahą zainteresowały się pantery, tworzące niemałe stadko. Nawet nas nie ostrzegły… Zaatakowały o brzasku… Wszyscy jeszcze spali… Pantery opracowały genialną strategię- otoczyły naszą polanę, a następnie po woli, cichutko zaczęły zbliżać się do każdej wilczej jaskini. Najwięcej, najgroźniejszych kotów miało zaatakować jaskinię pary alfa… Obudziłam się nim zdążyły dojść do polany. Zerwałam się na równe nogi( łapy) i gdy uświadomiłam sobie co się dzieję poczęłam budzić Rosa. Od razu wybiegliśmy z jaskini, by upewnić się czy to prawda. Nie przesłyszało mi się… To była prawda, okrutna prawda. Oboje zaczęliśmy wyć na alarm by obudzić resztę watahy, ale było już za późno… Pantery właśnie dotarły na naszą polanę. Miałam wrażenie, że jest ich nieskończenie wiele… Znowu ogarnął mnie taki strach, jak w tym dole, z którego wyciągnął mnie Rose. Nie mogłam nawet drgnąć, nie mówiąc o ucieczce, czy walce.
- Sue.- Powiedział nagle niesamowicie spokojnie Rose i polizał mnie w policzek- Kochasz mnie?
- Oczywiście- odpowiedziałam już spokojna- dlaczego pytasz?
- Jeśli naprawdę mnie kochasz, to uciekaj tak szybko, jak bardzo mnie kochasz… i nie oglądaj się za siebie…
- Rose, ale przecież…
- Jeśli naprawdę mnie kochasz…
Nie mogłam zrobić nic innego, jak tylko uciekać… Schowałam się w jaskini, w której przedtem mieszkał Rose i czekałam… Czekałam bardzo długo… Codziennie wychodziłam przed jaskinię i wypatrywałam… Ale on nie przyszedł… Już go więcej nie widziałam… Na dodatek okazało się, że poroniłam… Straciłam wszystko… Nie wiedziałam co mam robić…
Pewnego dnia przypomniało mi się, że Rose mówił mi kiedyś o pewnej mądrej małpie mieszkającej w lesie, która pomoże wyjść z każdej strasznej sytuacji. Był to niejaki Rafiki. Postanowiłam go odnaleźć. Łudziłam się, że on może mi pomóc. Gdy go odnalazłam zaczęłam opowiadać mu szczegółowo co mi się przydarzyło. Miałam wrażenie, że w ogóle mnie nie słucha, ale mówiłam dalej. Gdy wreszcie skończyłam powiedział tylko: „ Twoje serce ma być dumne” i natychmiast uciekł. Nie zdążyłam zapytać nawet co to oznacza. Wracając do jaskini po raz kolejny zobaczyłam lilię, nad którą dawniej razem Rosem się zachwycałam. Usiadłam przy niej i zaczęłam się wpatrywać. W tedy zrozumiałam o co chodzi małpie. Moje serce należy i zawsze będzie należało do Rosa. Powinnam więc żyć tak, aby mój ukochany, gdy się odnajdzie, mógł być ze mnie dumny. To właśnie w tedy przestałam polować i odnalazłam drzewo, którego owocami żywił się Rose. Zaczęłam zgłębiać też, które zioła pomagają w jakich okolicznościach chorobowych i nauczyłam się porozumiewać telepatycznie z innymi stworzeniami. Od tamtej pory umiem też panować nad ruchem i zachowaniem różnych roślin. Pozostało mi tylko czekać…
Do tej pory błąkałam się po ogromnym lesie i szukałam jakichkolwiek wiadomości o kim kolwiek z mojej watahy. Nie udało mi się znaleźć nikogo… Spotkałam jednak Balę, która pozwoliła mi dołączyć do swojej watahy. Jestem jej za to przeogromnie wdzięczna :-*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz